Kocik vs klimat świąteczny :)

•listopad 22, 2009 • Dodaj komentarz

No dobrze zacząć trzeba od tego, że Kocik nigdy nie był szczególnym fanem sztucznemu wtłaczania klimaciku świątecznego. Denerwował go zarówno klimacik sam w sobie, to, że ktoś każe mu się cieszyć, bo inni się cieszą. A co to Kocik jest inni? Jako istota oporna wobec unifikacji, Kocik opierał się i klimacikowi. Abstrahując od tego, że wspomnień świątecznych Kocik nie miał najdoskonalszych i raczej trwały w nim te mniej doskonałe, które przeobrażały Kocika w marudę i istotę z syndromem “a do szkoły miałem pod górkę”. Niestety jakoś tak się wydarzyło, że radość świąteczna uleciała z Kocika jak powietrze z dziurawego balonika. Bardziej niż miłe chwile zostały w Kociku wspomnienia podwójnych wigilii i wiecznie podzielonych świąt (na dzień Mamy i dzień Taty). Brrr… Aż Kocika trzęsie na samą myśl.
Możliwe też, że brak zapędów do świętowania wynika z tego, że dom Kocikowy nigdy nie był ortodoksyjnie tradycyjny i jakoś bywało “po macoszemu”, na “chybcika”, co zasadniczo stoi w sprzeczności z kocikową naturą. Owszem z uwagi na swoje przekonania kościelne (a raczej brak takowych), świętowanie sprowadza się do idei spotkania z bliskimi ludźmi i ciepłej atmosfery. Z powodów wymienionych wyżej, Kocik nigdy nie był fanem świąt, raczej traktował je jak przykry obowiązek.
W tym roku niewiele się zmieniło jeżeli chodzi o podejście Kocika do sklepowych akcji pt. “Skoro mamy już za sobą Wszystkich Świętych, to warto wyciągnąć ozdoby świąteczne”. Nadal Kocik się zżyma widząc te plastikowo-świecące wersje świąt, jakie serwują nam wszelkiej maści markety. Ale w Kociku jako takim coś zaczyna się modyfikować. Możliwe, że to nie chodzi o ideę świąt jako takich, ale wspólnotowość i poczucie jedności z osobami bliskimi.
I tak przed 26 lat Kocik nigdy nie przywiązywał uwagi do Dnia Ubierania Choinki, ani do samej czynności. Po prostu brał bombki, wieszał i tyle – nic nadzwyczajnego (no chyba, że tuż przed wieszaniem okazywało się, że bombek brak, bo rodzicielka gdzieś je schowała latem i już nie pamięta gdzie :) ). Ale po zeszłorocznym grudniu przekonał się, że ów dzień traktować można zupełnie inaczej, że może to być moment choinkowej zabawy. Bynajmniej nie przekonało go o tym ubieranie choinki anno domini 2008 (jeżeli chodzi o czynność jako taką), lecz reakcja Jelonkowa. Cóż – pozostaje Kocikowi mieć nadzieję, że winy zostaną mu wybaczone, wpadki zapomniane i skończy się na odgrażaniu ;) A koniec końców, ubieranie choinki anno domini 2009 odbędzie się już zgodnie z oczekiwaniami wszystkich (to znaczy tych wszystkich, z oczekiwaniami którym można się liczyć) :)
Kolejną zmianą jest moment kupowania prezentów. Kocik zauważa u siebie wpływy swojej rodzicielki, która znana jest z tego, że potrafi kupić coś w sierpniu – z myślą o prezencie bożonarodzeniowym. No cóż – widać jednak nie daleko pada kocik od jabłoni, bo zaczął gromadzenie prezentów w okolicach października :) I gromadzenie trwa w najlepsze! Może przynajmniej częściowo uchroni go to od pogoni grudniowej i zderzania się z tłumami oszalałych klientów. Między innymi Kocik ma już część prezentu dla rodzicielki wspomnianej – przecudnej urody naszyjnik filcowy, wykonany na zamówienie (wszelkie szczegóły pod linkiem koralowym w zakładce :) ). W kilku przypadkach Kocik ma już sporządzone notatki i za czas niedługi uda się w tan zakupowy w wersji pełnej, bo niewiele jest rzeczy, które sprawiają mu tak dużą radość jak kupowanie prezentów. To taki miły moment, w którym można sobie pomyśleć o osobie obdarowywanej, licząc na to, że sprawi jej się choć ociupinkę radości.
Ale…główny front przygotowań świątecznych dotyczy póki co kulinarnych poczynań. Otóż tydzień temu Kocik zabrał się z Jelonkiem w jego rodzinno-domowe okolice na niedzielny obiadek. Obiadek przeciągnął się do kawy i jakoś tak wspomnieniowo poleciało. A tu zdjęcia (a z wakacji, a z wojska), a tu domowe tradycje…i siłą rozpędu wpadliśmy w temat tradycji świątecznych. Zaczęło się od jelonkowych utyskiwań, że siedem karpi to za mało, a pierogów to powinny być ze trzy setki, żurku białego dwie cysterny minimum, bo inaczej święta się nie liczą :) I Kocikowi włączyła się akcja wspólnotowości i działań kolektywnych, więc gdy Mama Jelonka zaproponowała udostępnienie przepisu piernikowego – wierzgnął z radości. Na wieść o piernikowym planie wierzgnął też Hydryś, z którym Kocik uknuł plan piernikowy. Słowo się rzekło, kobyłka u płota – w piątek Kocik spisał przepis, a Hydryś kupił foremki i wałek, w sobotę rankiem Kocik czmychnął po ingrediencje, by po powrocie z wycieczki krakowskiej, zabrać się bez zbędnej zwłoki do działań. W sąsiedzkiej kuchni zapachniało przyprawami korzennymi wszelkiej maści…i wspólnymi siłami ugniotła się spora kula piernikowego ciasta :) W tandemie Hydryś-Kocik rozwałkowywałyśmy kolejne placki i wycinałyśmy gwiazdki, choinki, serduszka i inne dzwonki :) Piec rozgrzał się do czerwoności (sic!) i przez trzy godziny nieustannie wyciągałyśmy kolejne porcje pachnących wypieków, które po ostygnięciu zostały zapakowane w puszki – by doszły do siebie (to znaczy przestały być piernikowymi kamieniami :) ). Przed świętami czeka nas tylko udekorowanie smakołyków i dokonanie podziałów, bo pierniczki docelowo i w większości przeznaczone są do rozdawnictwa :) Nie wykluczone więc, że w obliczu ogromu osób, które chcemy obdarować, zostanie zmajstrowana jeszcze (chociaż) pół porcji piernikowej :)
A w tym wszystkim towarzyszyła nam cudnie nastrajająca Diana Krall ze swoimi jazzowymi piosenkami świątecznymi* :)

Jej…co to będzie, jak Kocik weźmie się za pieczenie ciast przed świętami? A może nawet porwie się na polepienie pierogów? (nawet jeśli w jego domowej okolicy nie jest to wigilijna potrawa)
Kocik ogłasza, że chyba zaczyna szaleć :)

* płyta jest przecudna…Tylko Malina kiedyś się śmiała, gdy Kocik zapodał ją w okolicach października :) No bo też prawdą jest, że słuchanie “Let it snow”, gdy za oknem jesień, może powodować rozdwojenie jaźni :) Ale przy takich piernikach, to już chyba można sobie ponucić? :)

** Sąsiad wykonał dokumentację techniczną procesu produkcji – Kocik zdjęcia dostanie, to dorzuci bez zbędnej zwłoki :)

Na dobry weekend part 7

•listopad 15, 2009 • Dodaj komentarz

Chociaż weekend ma się ku końcowi – a przynajmniej tak się Kocikowi wydaje, to dorzuca tu coś z intencją najlepszą :) Kiedy tylko zobaczyliśmy tę zajawkę (lato jeszcze było i ciepełko doskonałe), stwierdziliśmy zgodnie, że trzeba będzie się skusić na seansik :)
Kocikowi przypominają się te wszystkie święta, kiedy by nie przeszkadzał w przygotowaniach, był sadzany przed czarno-białym (sic!) telewizorem, aby zobaczył kolejny raz bajkę o Ebenezerze S. “Opowieść wigilijna” już wkrótce w kinach, trzeba się szykować… więc się szykujcie :)

I kocia historia zatoczyła koło :)

•listopad 12, 2009 • 5 komentarzy

Rok temu, a nawet półtorej, jeśli chodzi o ścisłość Sąsiedzi uratowali dwa kociaki. Kamala i J. poszukiwali domku dla dwóch maluchów, które znaleźli w jednej z miejskich piwnic. Hydryś – jako pierwszoklaśna kocia mama – i Sąsiad drogi, bez chwili wahania przygarnęli dwie kocie pokraki, które tym samym wygrały na loterii :) Florek ostał się jako towarzystwo dla Stefana, a Dropsina trafiła w pielesze Hydrysiowych rodziców, mają się jak pączki w maśle i prowadzą spokojne kocie życie.
Kilka dni temu w czujne Hydrysiowe oko wpadły dwa maleństwa, które domu potrzebowały natychmiast i już, bo dla takich okruchów kocich zima byłaby zabójcza (mimo starań i dokarmiania). Rozpoczęła się akcja poszukiwania przytulnej okolicy dla kociaków. Oczywiście nie mogło się obyć bez cynku do Kamali, która znana jest ze swej skuteczności w tej kwestii… Tym bardziej Kocika raduje, że jeden ze smyków (zwany przez nas Onegdaj Groszkiem) trafił do Kamali i spółki! Dziś przybyli, pozachwycali się, Kamala oczywiście popiszczała z radości i zawieźli Groszka do nowego domu, gdzie czekały na niego (niczego nieświadome) “dziewczyny”.
Tak oto kocia historia zatoczyła koło… I kolejne szkrabulce udało się uratować od smutnej bezdomności.
Ruchy tektoniczne w rzeczywistości spowodowały, że domku szuka jeszcze Ongiś Fasolka. Śliczna, ufna i odważna koteczka. Więc może ktoś chciałby zyskać nowego, futrzanego przyjaciela? Póki co jest niepozorna (bo ma raptem pięć tygodni), ale w przyszłości bez wątpienia będzie piękną koteczką :)
04
Zdjęcie Piotrowe :) A ewentualne zdjęcia Ongiś Fasolki dostępne po odezwaniu się do Kocika :)

A Ty jak celebrujesz rodzimy Independence Day?:)

•listopad 11, 2009 • Dodaj komentarz

Kocik nie poczuwa się do szczególnych uczuć patriotycznych, nie wymachuje flagą przy każdej okazji, nie wyciera sobie pyszczka słowami wielkimi i wzniosłymi, szat nie rozrywa mówiąc o bolesnej historii jego ojczyzny. Nie robi tego i planów takowych nie ma, bo i nigdy nie był skłonny do patetycznych wystąpień, nie drzemią w nim emocje rodem z romantyzmu. Generalnie przeciwny jest takim zapędom i krew go kocikowa zalewa, gdy słucha o tym, jak to zawsze mieliśmy pod górkę, jak zaborcy ciemiężyli, jak system niszczył. No ciemiężyli, no niszczył…ale czy z samego wałkowania i wylewania żółci cokolwiek nam dziś przyjdzie? Owszem pamiętać trzeba, mieć świadomość, cieszyć się, że teraz bez skrępowania możemy sobie rządzić od Bugu do Odry, że nikt już nie tłamsi. Teraz możemy bezkarnie tłamsić sami siebie i na własną odpowiedzialność. Teraz możemy korzystać z wszelki praw i przywilejów wolności (a nawet Wolności), tylko czy potrafimy to robić tak, by nie bezcześcić pamięci tych, którzy tę Wolność nam podarowali (kilkukrotnie)? Czy przerzucanie się kto bardziej i kto lepiej darować próbował, ma jakiekolwiek znaczenie dla statystycznego mieszkańca kraju nad Wisłą? Kocik ma poważne wątpliwości.
Dlatego opowiada się za formami świętowania dla ludzi. Dlatego też jest zwolennikiem świętowania, które dalekie jest od sztucznej pompy i nadmuchanych słów, które nie sprowadza się do pseudopatriotycznych przemów, które ani nie są ciekawe, ani nie podkreślają radości, jaka powinna nam towarzyszyć przy takich okazjach.
Kocik więc jest zwolennikiem przypominania o momentach ważnych w sposób prosty (nie prostacki i przaśny) i interesujący, który prócz walorów edukacyjnych (wszak postawy patriotyczne trzeba kształtować, bo same z siebie się nie rodzą przez pączkowanie), będzie też dawką rozrywki (swoiście pojętej) dla ludności miast i wsi :) Z tego powodu pewnie z rozrzewnieniem wspomina zeszłoroczne obchody 90. rocznicy odzyskania niepodległości, kiedy pokicał sobie w okolice Urzędu Źle Skracanego, gdzie w towarzystwie tłumnie zgromadzonych gapiów zobaczył uroczystą paradę, zauważył przelatujące F16 (chlubę kraju naszego i szczyt techniki), pospacerował ponad dachami i pogapił się na ludzkość bawiącą się w najlepsze, korzystającą z wolnego dnia. Korzystającą niegłupio, bo z dala od telewizora i domowych kapci.
Tegoroczne obchody sobie odpuścił z uwagi na aurę niesprzyjającą i to, że na myśl o strugach deszczu, Kocik postanowił zaszyć się w domowych pieleszach i uczcić wolny dzień świątecznym upieczeniem ciasta i niespiesznym przeglądaniem spraw zawodowych. Wcześniej ogarniając rzeczywistość po poniedziałkowym przywiezieniu tony gratów z rodzinnych okolic i przeorganizowaniu znacznym rzeczywistości.
Niemniej w ramach świętowania wybrał się (kolejny raz) do Urzędu Źle Skracanego, który ponownie udostępniał swoje przestrzenie zwykłym zjadaczom chleba, by zobaczyli czym ów Urząd stoi. Silna Grupa Pod Wezwaniem (bo może nie trzymająca władzy) spotkała się na wieczornym spacerze po Urzędowych włościach. Kocika najbardziej ucieszyła możliwość spotkania kilku miłych jego sercu osób, które w spacerze brały udział (w różnym charakterze – bo reprezentacja Pijalni Siemienia Lnianego także była w pełnej gotowości ;) ), bo podstawową dawkę informacji ma już w sobie ugruntowaną – co nie zmienia faktu, że miło było poprzechadzać się w zacnym (przewodniczym) towarzystwie :)
Jutro w ramach sentymentu Kocik zmajstruje grochówkę, która serwowana jest zawsze przy okazji tego święta w okolicach epicentrum wydarzeń, a na którą dziś za mokro i za zimno, i wyśle fluidy w kierunku jaśnie oświeconych rządzących, by śmiało decydowali się na oddawanie świąt tego typu ludziom. Niech nie katują nudnymi mowami, niech pozwolą odpoczywać i się cieszyć :)

Zabezpieczony: Tak tylko w ramach peesu i przypisu

•listopad 11, 2009 • Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić poniżej swoje hasło:


Zaległe, ale jednak…na dobry weekend part 6

•listopad 11, 2009 • Dodaj komentarz

Tak, tak – Kocik ma obsuwę w czasie, ale głowę popiołem posypuje i kaja się uniżenie. Dlatego zamieszcza tak trochę śródtygodniowo (choć jutro namiastka weekendu ;) ) część kolejną z serii “Na dobry weekend i nie tylko” :)
Kocik jest zasłuchany i rozpłynięty, pełen podziwu i zachwytu nad tym o czym i w jaki sposób. Kolejna porcja radości w wykonaniu szczecińskiej formacji :) Miłego oglądania i wspaniałego słuchania :)

Ciastko, karmel, czekolaaaaaada!

•listopad 11, 2009 • Dodaj komentarz

A właściwie ta ostatnia wystąpi w roli głównej :) Otóż Kocik nadal ma etap totalnie kulinarno-cukierniczy! Myśląc nad wyjazdem strugaczkowym, postanowił znaleźć jakieś dobre ciasteczko, które można by w darze zawieźć. I tak sobie oglądając różne przepisy trafił na ekstremalnie czekoladowe ciasto znane pod nazwą Brownie :)
Proste ono nieprzeciętnie, dobre wielce i tak niesamowicie czekoladowe, że powinno zadowolić największego łasucha i czekoladożercę :)
Potrzeba (na jedną porcję): dwóch tabliczek czekolady, kostki masła, 300 gram cukru, 100 gram mąki, 6 jajek oraz 50 gram orzechów włoskich. Czekoladę i masło topi się w kąpieli wodnej, osobno miksujemy cukier, mąkę i jajka. Do masy dodajemy roztopioną (lecz nie gorącą) masę czekoladowo-maślaną, a na koniec dorzucamy orzechy włoskie. Następnie przekładamy do blachy i pieczemy przed ok. 20 minut (w temperaturze 200-220 stopni). Po ostygnięciu przewracamy blachę (delikatnie) i kroimy ciasto na kwadraty. A potem rzucamy się, by choć kawałek dla nas się ostał. Łapki lizać :)
z1976545X
Zdjęcie pochodzi z serwisu Ugotuj to (Kocik poleca)…przy następnej okazji może Kocik udokumentuje swój wytwór :)
***
Edit poranny – niepodległościowa wersja wyszła jeszcze lepiej niż premierowa…więc ćwiczenie czyni mistrza ;)

Kocik – jesienna reaktywacja :)

•listopad 11, 2009 • Dodaj komentarz

Oj wysłało Kocika w czasowy kosmos, wysłało. Kocik krążył tak sobie na orbicie planety “zamęt”, następnie ślizgiem przedostał się do galaktyki “bezczas”, by wreszcie wylądować w okolicach mgławicy “zakręcenie”. Czas i przestrzeń wsysnęła go kompletnie i bez reszty (najdrobniejszej). Ani się Kocik obejrzał i zrobiło się jesiennie całkowicie, nadszedł listopad z cały dobrodziejstwem (lub nie dobrodziejstwem raczej) inwentarza – czyli szarugą, deszczem i chłodkiem przenikliwym, ale z uwagi na pęd w jakim się Kocik znalazł nawet tego nie zauważył, bo i kiedy?
Na szczęście na horyzoncie majaczyły plany strugaczkowe, które jak ta latarnia morska wskazywały Kocikowi drogę – dotrwać do początku listopada i wybrać się z wizytą w Malinowe okolice. Wyjazd planowany był od września (prawie jak wczoraj) i był dla Kocika (i nie tylko) gratką prawdziwą, tak że od końca października odliczano zbiorowo dni do wyjazdu, przebierano nóżkami i wewnętrznie radowano się na tę świętokrzyską przygodę.
Cóż trudno się dziwić, bo Malinowe odwiedziny zawsze przebiegają w atmosferze przecudnej urody, a dołączając do tego Malinowe otoczenie (szeroko pojęte) można tylko skakać podsufitowo i uśmiechać się od ucha jednego do drugiego.
Kiedy odkreśliliśmy już te dni, odczekaliśmy ile trzeba było, nabyliśmy podarki dla świeżo zamieszkałych i Maliny Papryniowej, zapakowaliśmy się z całym dobytkiem weekendowym w świstaka i ruszyliśmy w kierunku Strugaczkowa. Nic nie robiąc sobie z chłodu i deszczu, nie dbając o odległości – pomknęliśmy na spotkanie w krainie, w której płuca się otwierają, a na dworcu panuje (przysłowiowy) przeciąg :)
Silna reprezentacja naszego grajdołka (Hydrysiowo-Jelonkowo-Sąsiadowo-Kocikowa), przy brzmieniach nowej płyty Nosowskiej i spółki, przemierzała kraj wzdłuż (bo wszerz niekoniecznie), by późnym wieczorem piątkowym zastukać do drzwi. A raczej rzucić się na powitanie wyczekujących nas gospodarzy. Oczywiście nim dotarliśmy we wspaniałe progi staliśmy się ofiarami technologii gpsowej, która wywieść nas chciała w pole (dosłownie) i usiłowała nas przekonać, że Malinowa ulica znajduje się gdzieś hen, gdzie kończy się cywilizacja, a asfalt jest zwijany po 22. Ale dzięki czujności i wrodzonej intuicji udało nam się wrócić na ścieżkę chwały i podjechać pod Chruśniaczek :)
Chruśniaczek piękny, przytulny i wypełniony ciepełkiem najdoskonalszej jakości, w którym od razu się zakochaliśmy i tylko dzięki zdrowemu rozsądkowi nie złożyliśmy zbiorowej aplikacji o adopcję :) Weekend – jak zwykle – cudownie leniuchujący, wypełniony spokojem świętym, masą smakołyków, rozmów i bycia. Bycia przez duże B, bo radosnego, miłego, przepełnionego słodyczą. Tej ostatniej dodawała domowa szarlotka i kolejne kawunie, które niespiesznie sączyliśmy sobie, wylegując się na kanapkach, fotelikach, dywanikach. W tej całej idylli przepiękna Malina i Paprynia czyniąca ewolucje karkołomne. Kocik się wzruszał i rozpływał nad urokiem i ulotnością tych uroczych chwil. Tradycyjny spacer Sienkiewką, kawka w Kawce, odwiedziny w rodzinnym Chruśniaczku, wszystko to, co w strugaczkowy weekend powinno się odbyć. A do tego gry i zabawy, rozrywki i cała masa śmiechu, od którego może i bolał brzuch, ale i który tak niesamowicie ładuje wyczerpane bateryjki. Aż żal było zmobilizować się do powrotu do naszego (też wspaniałego), ale jednak szaleństwa i gonitwy codziennej. Najchętniej Kocik zakopał by się gdzieś w strugaczkowej okolicy, zadekował i radował błogostanem. Ale widać by właściwie to docenić trzeba posiedzieć w swoim strączku (żeby to posiedzieć można było), by od czasu do czasu zaznać takiego szczęścia :)

Pobyt zaowocował nowymi powiedzeniami: nad kijem trzeba się pochylić oraz oj tam, oj tam :) Do tego można dołączyć kilka radosnych dykteryjek (kiedy można się wyspać? kiedy Kocik wstanie ;) ) oraz niewyrażalną ilość pozytywnych wrażeń. Kocik dziękuje Malinie, Papryni oraz Gumie za wspaniały czas i gościnę, Hydrysiowi, Jelonkowi oraz Sąsiadowi za najprzedniejsze towarzystwo :)
No…i Jelonkowi to jeszcze za gifcik, który dumnie wisi na lodówce ;)
Zdjęcia wiadomo gdzie można zobaczyć :) Właśnie TU :)

Na dobry weekend part. 5 (chyba) :)

•październik 24, 2009 • 2 komentarzy

Kocika tak wczoraj rozbawiły wspominki i buszowanie w sieci w poszukiwaniu staroci, że postanowił zamieścić jeden smaczek, który szczególnie go ucieszył. To były beztroskie czasy…i takiego weekendu Kocik życzy, kicając w kierunku spoczynku :)

Kocik się realizuje,czyli lewitująca dynia :)

•październik 24, 2009 • Dodaj komentarz

No dobrze…trzeba to przyznać otwarcie i powiedzieć bez ogródek. Kocik wpadł. Wpadł po uczy, jak dwa grzyby w barszcz i śliwka w kompot. Nawiązania kulinarne są tu nie bez przyczyny, bowiem Kocik wpadł w totalny etap kulinarny. Taki w wersji hard i absolutne ekstremum, więc gdyby mógł, to zrobiłby zupę krem ze starego kalosza, a ciasto upiekł z cementu.
Ale nie chodzi o sam fakt mieszania, szatkowania, miksowania, dlatego takich szaleńczych pomysłów Kocik nie wprowadza w czyn i jednak ogranicza się do składników jadalnych, przyswajalnych i niegroźnych dla potencjalnych konsumentów. Dlatego jakiś czas temu wymyślił sobie krem z papryk, jako antidotum na jesienną szarzyznę. Papryki są dla Kocika strawne tylko w dwóch postaciach – jako faszerowane i pływające w sosiku pomidorowym* (mlask – uczynione w środę) oraz jako zupka, czyli czerwone papryki przerobione na zawiesisty i aromatyczny kremik, rozpływający się w mordce od pierwszej do ostatniej łyżeczki. Gdyby Kocik się nie diecił, to do kremu podawałby bułeczki zapieczone z parmezanem, a tak wciąga grzecznie wersję solo i napawa się słodkawym smakiem zupki, który kryje sobie nie tylko nieobecne już słoneczko, ale i letniość w najdoskonaleszej postaci…oraz kilka ząbków czosnku ;) **
W ramach prób deserowych Kocik uczynił magię pt. ciasto dyniowe – odsłona pierwsza. Wykorzystał wspominany przepis Tatter, zakupił składniki i stwierdził…że dynia jest tajemnicza, trudna i twarda. Obrać się ją da chyba za pomocą papieru ściernego, a chęć pokrojenia wymaga wypożyczenia piły tarczowej. Ale Kocik twardy jest, jak się zaweźmie, to nie ma siły, by odstąpił od swoich zamiarów. A poza tym skoro już uświnił sobie całą kuchnię dynią, pocharatał sobie łapki trąc ten wynalazek szatana i obiecał niektórym degustację, to choćby dynia była kulą ognistą – postanowił ją pokonać :) Owszem Kocik stwierdził, że dynia ma umiejętności lewitowania, bowiem nie wiedzieć jak i dlaczego znajdowała się w różnych częściach kuchni, a bynajmniej Kocik nie spacerował z pełnymi garstkami i nie rozsypywał jej ot tak dla zabawy. Dynia więc polewitowała, podobnie jak masło, które postanowiło odbyć podróż po kuchennym stole – zamiast dać się zmiksować, jak na porządne masło przystało :) po tych bojach z produktami różnymi, Kocik szczęśliwie zapakował foremkę do piekarnika, a w sąsiedzkiej kuchni rozległ się zapach iście świąteczny (bo do ciasta dodaje się przyprawy korzenne i pomarańczkę). W oczekiwaniu na wypieczenie się tego cudu, sąsiedzko zaglądaliśmy w różne (internetowe) okolice i odkurzaliśmy wspomnienia z dzieciństwa. Kocik dowiedział się co na prawdę śpiewało dziecię, które zaczynało “Domowe przedszkole”, odkryliśmy mechanizm ruszania oczami Meluzyny, a w końcu zasłuchaliśmy się w obciachowej muzyce lat 80. i 90., z rozrzewnieniem przypominając sobie czymże ona dla nas była ;) Pewnie by nas tak sentymenty pochłonęły, gdyby nie to, że po 40 minutach Kocik wyciągnął ciasto, skropił pomarańczowym sokiem, obsmarował serowo-maślaną pomadą i podał do spróbowania. No…i przyznać trzeba, że przepis jest cudowny, a ciasto jeszcze lepsze. Faktem jest, że słodkie jak jasny gwizdek i po jednym kawałku Kocik poczuł, że właśnie zjadł limit cukru na miesiąc, ale jest warte grzechu. Co zresztą zgodnie potwierdzają wszystkie “króliczki” (doświadczalne) :) Kocik nie wiem czy z grzeczności, czy z uwagi na stan faktyczny…ale tak czy siak wpisuje ciasto na listę – Kocikowy specjał :) I już planuje robienie dżemów i konfitur z dyni, by kilka blaszek upiec świątecznie i zimowo, no takie ciacho doskonale wpisze się w plan leniwych, zimowych wieczorów :)
Póki co jednak – po próbie generalnej – Kocik szykuje się do upieczenia tego ciacha w przyszłą sobotkę na zaplanowane party :) Na wszelki wypadek – z podwójnej porcji :)

* papryczki faszerowane są proste jak kiełbasa (lub okrąg – w wersji dla wegetarian). Wybraną ilość papryczek pozbawiamy nasionkowego wnętrza i gotujemy przez około 15 minut. Po wyjęciu ich z wody nakładamy wcześniej przygotowany farszyk (ryż – może być brązowy, zmieszany z mocno wysmażonym i zdecydowanie doprawionym mięskiem oraz natką pietruszki). Nadziane papryczki wkładamy do garnka z sosem (do bulionu warzywnego dodajemy pomidory z puszki lub przecier, doprawiamy czosnkiem, pieprzem i zabielamy jogurtem). Tak podgrzane papryczki serwujemy głodomorom :) Można je także zapiec w naczyniu żaroodpornym, a na ich wierz zetrzeć nieco sera :) )
** zupka krem – jeszcze banalniejsza sprawa :) Do bulionu (warzywnego, mięsnego) dodajemy pomidorki z puszki, ugotowane papryki (im więcej tym zupa bardziej kremowa), a następnie całość miksujemy blenderem na gładką masę. Dodajemy 2-3 ząbki czosnku, pieprz, czosnek granulowany, jogurt naturalny do zabielenia :) Dla fanów grzanek – można przygotować grzaneczki (z bagietki na przykład lub ciabatty). Przed podaniem można posypać pietruszką lub ozdobić kleksem jogurtu :) Pyszne, pożywne, wypełniające brzuszek i rozgrzewające w sekundzie :)
Poleca Kocik Paprykowy…zielony znaczy :)
257