Na dobry weekend part. 5 (chyba) :)

•październik 24, 2009 • 2 komentarzy

Kocika tak wczoraj rozbawiły wspominki i buszowanie w sieci w poszukiwaniu staroci, że postanowił zamieścić jeden smaczek, który szczególnie go ucieszył. To były beztroskie czasy…i takiego weekendu Kocik życzy, kicając w kierunku spoczynku :)

Kocik się realizuje,czyli lewitująca dynia :)

•październik 24, 2009 • Dodaj komentarz

No dobrze…trzeba to przyznać otwarcie i powiedzieć bez ogródek. Kocik wpadł. Wpadł po uczy, jak dwa grzyby w barszcz i śliwka w kompot. Nawiązania kulinarne są tu nie bez przyczyny, bowiem Kocik wpadł w totalny etap kulinarny. Taki w wersji hard i absolutne ekstremum, więc gdyby mógł, to zrobiłby zupę krem ze starego kalosza, a ciasto upiekł z cementu.
Ale nie chodzi o sam fakt mieszania, szatkowania, miksowania, dlatego takich szaleńczych pomysłów Kocik nie wprowadza w czyn i jednak ogranicza się do składników jadalnych, przyswajalnych i niegroźnych dla potencjalnych konsumentów. Dlatego jakiś czas temu wymyślił sobie krem z papryk, jako antidotum na jesienną szarzyznę. Papryki są dla Kocika strawne tylko w dwóch postaciach – jako faszerowane i pływające w sosiku pomidorowym* (mlask – uczynione w środę) oraz jako zupka, czyli czerwone papryki przerobione na zawiesisty i aromatyczny kremik, rozpływający się w mordce od pierwszej do ostatniej łyżeczki. Gdyby Kocik się nie diecił, to do kremu podawałby bułeczki zapieczone z parmezanem, a tak wciąga grzecznie wersję solo i napawa się słodkawym smakiem zupki, który kryje sobie nie tylko nieobecne już słoneczko, ale i letniość w najdoskonaleszej postaci…oraz kilka ząbków czosnku ;) **
W ramach prób deserowych Kocik uczynił magię pt. ciasto dyniowe – odsłona pierwsza. Wykorzystał wspominany przepis Tatter, zakupił składniki i stwierdził…że dynia jest tajemnicza, trudna i twarda. Obrać się ją da chyba za pomocą papieru ściernego, a chęć pokrojenia wymaga wypożyczenia piły tarczowej. Ale Kocik twardy jest, jak się zaweźmie, to nie ma siły, by odstąpił od swoich zamiarów. A poza tym skoro już uświnił sobie całą kuchnię dynią, pocharatał sobie łapki trąc ten wynalazek szatana i obiecał niektórym degustację, to choćby dynia była kulą ognistą – postanowił ją pokonać :) Owszem Kocik stwierdził, że dynia ma umiejętności lewitowania, bowiem nie wiedzieć jak i dlaczego znajdowała się w różnych częściach kuchni, a bynajmniej Kocik nie spacerował z pełnymi garstkami i nie rozsypywał jej ot tak dla zabawy. Dynia więc polewitowała, podobnie jak masło, które postanowiło odbyć podróż po kuchennym stole – zamiast dać się zmiksować, jak na porządne masło przystało :) po tych bojach z produktami różnymi, Kocik szczęśliwie zapakował foremkę do piekarnika, a w sąsiedzkiej kuchni rozległ się zapach iście świąteczny (bo do ciasta dodaje się przyprawy korzenne i pomarańczkę). W oczekiwaniu na wypieczenie się tego cudu, sąsiedzko zaglądaliśmy w różne (internetowe) okolice i odkurzaliśmy wspomnienia z dzieciństwa. Kocik dowiedział się co na prawdę śpiewało dziecię, które zaczynało “Domowe przedszkole”, odkryliśmy mechanizm ruszania oczami Meluzyny, a w końcu zasłuchaliśmy się w obciachowej muzyce lat 80. i 90., z rozrzewnieniem przypominając sobie czymże ona dla nas była ;) Pewnie by nas tak sentymenty pochłonęły, gdyby nie to, że po 40 minutach Kocik wyciągnął ciasto, skropił pomarańczowym sokiem, obsmarował serowo-maślaną pomadą i podał do spróbowania. No…i przyznać trzeba, że przepis jest cudowny, a ciasto jeszcze lepsze. Faktem jest, że słodkie jak jasny gwizdek i po jednym kawałku Kocik poczuł, że właśnie zjadł limit cukru na miesiąc, ale jest warte grzechu. Co zresztą zgodnie potwierdzają wszystkie “króliczki” (doświadczalne) :) Kocik nie wiem czy z grzeczności, czy z uwagi na stan faktyczny…ale tak czy siak wpisuje ciasto na listę – Kocikowy specjał :) I już planuje robienie dżemów i konfitur z dyni, by kilka blaszek upiec świątecznie i zimowo, no takie ciacho doskonale wpisze się w plan leniwych, zimowych wieczorów :)
Póki co jednak – po próbie generalnej – Kocik szykuje się do upieczenia tego ciacha w przyszłą sobotkę na zaplanowane party :) Na wszelki wypadek – z podwójnej porcji :)

* papryczki faszerowane są proste jak kiełbasa (lub okrąg – w wersji dla wegetarian). Wybraną ilość papryczek pozbawiamy nasionkowego wnętrza i gotujemy przez około 15 minut. Po wyjęciu ich z wody nakładamy wcześniej przygotowany farszyk (ryż – może być brązowy, zmieszany z mocno wysmażonym i zdecydowanie doprawionym mięskiem oraz natką pietruszki). Nadziane papryczki wkładamy do garnka z sosem (do bulionu warzywnego dodajemy pomidory z puszki lub przecier, doprawiamy czosnkiem, pieprzem i zabielamy jogurtem). Tak podgrzane papryczki serwujemy głodomorom :) Można je także zapiec w naczyniu żaroodpornym, a na ich wierz zetrzeć nieco sera :) )
** zupka krem – jeszcze banalniejsza sprawa :) Do bulionu (warzywnego, mięsnego) dodajemy pomidorki z puszki, ugotowane papryki (im więcej tym zupa bardziej kremowa), a następnie całość miksujemy blenderem na gładką masę. Dodajemy 2-3 ząbki czosnku, pieprz, czosnek granulowany, jogurt naturalny do zabielenia :) Dla fanów grzanek – można przygotować grzaneczki (z bagietki na przykład lub ciabatty). Przed podaniem można posypać pietruszką lub ozdobić kleksem jogurtu :) Pyszne, pożywne, wypełniające brzuszek i rozgrzewające w sekundzie :)
Poleca Kocik Paprykowy…zielony znaczy :)
257

Kocikowy sposób na rozgrzewkę :)

•październik 16, 2009 • 6 komentarzy

Spokojnie, spokojnie…nie, Kocik nie będzie się rozpisywał o porannym zestawie ćwiczeń, ani o hartujących marszobiegach do pracy, ani nawet o termoforku, który zapewnia rozkoszne ciepełko :) Kocik napisze o czymś, co wykombinował sobie kilka lat temu, po zobaczeniu filmu “Czekolada”, który go zauroczył wielce i zapadł w kocikową pamięć na długo. Otóż wykombinowana została czekolada na gorąco, usiłująca być czymś takim, jak napój przygotowywany przez panią Binoche, który nazywa tam czekoladą Azteków :) Owszem prawdą jest, że mało to dietetyczne i póki co Kocik wzbrania się przed przygotowaniem tego cudu, ale jeśli komuś wyjątkowo jest zimno, szaro i jesiennie, to taka czekoladka będzie w sam raz. Dla niezdecydowanych, tudzież skłaniających się do innych form utrzymywania ciepła, dodać należy, że czekolada to nie tylko dostarczyciel endorfin, ale i afrodyzjak…więc do dzieła :)
Jeśli ktoś jest oporny kulinarnie (i na przykład “lepiej całuje niż gotuje”*), to Kocik zaprasza :) po uzgodnieniu terminu z radością ugości takim cudeńkiem :)
Kilka składników na czekoladkę w wersji pikantnej:
Tabliczka gorzkiej czekolady (najlepiej 80% lub 90% kakao), puszka mleka skondensowanego (zagęszczane, niesłodzone), cukier biały lub trzcinowy (około 2 płaskich łyżek), cukier waniliowy, szczypta cynamonu, szczypta chili, szczypta gałki muszkatołowej, mleko co najmniej 2% (do ewentualnego rozrzedzenia czekolady). Dla fanów połączenia smaku czekolady z pomarańczą – ciut skórki pomarańczowej, dla fanów rozgrzewania natychmiastowego – kilka kropel wiśnióweczki (domowej roboty ;) ).
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, dodajemy cukier, cukier waniliowy i mieszamy aż cukier się rozpuści. Następnie dodajemy mleko skondensowane, jeżeli czekolada ciągle jest za gęsta dolewamy zwykłe mleko :) Na sam koniec (tak, to już wszystko!) dodajemy przyprawy oraz ewentualne bonusy pomarańczowo-wiśniowe :)
Całość chwilę powinna poprzebywać razem w garnku, nim przelejemy czekoladę do filiżanek. W wersji ultrakalorycznej na górę można położyć “czapeczkę” ubitej kremówki :)
Wyśmienicie smakują do tego ciasteczka korzenne, które można sobie chrupać do takiego przysmaku.

To kto chętny? :)
czekolada_popup
* napisik zaczerpnięty z pewnego magnesiku, który pojawił się na drzwiach pewnej lodówki ;) uroczy :)

Cztery pory, czyli Kocik węszy spisek!

•październik 14, 2009 • Dodaj komentarz

Dawno, dawno temu, gdy świat jeszcze nie było opanowany przez technologie, ludzie na wakacje jeździli nad morze (lub w góry), a nie na świata drugi koniec (o ile nie byli odkrywcami lub antropologami), zaś słońce nie świeciło tak kaprawo, jak teraz…na świecie istniały cztery pory roku, które następowały po sobie w odpowiedniej (znanej wszystkim) kolejności. Wszyscy – od dzieciątek w kołysce, po staruszków zasuszonych – wiedzieli, czego po danej porze roku spodziewać się można. Wszelkie anomalie (jak te, które towarzyszyły kocikowym narodzinom) odnotowywano w kronikach zacnych, składając to na karb zbliżającego się końca świata (a prababcia kocikowa mawiała, że to wina tych lotów kosmicznych).
Dzieci w przedszkolach i szkołach uczyły się we wrześniu i październiku o “pani jesieni”, zbierały kasztany i robiły z nich ludziki, zbierało się liście, które potem wędrowały na ubogie gazetki klasowe w wersji “zasuszone po jakąś cholerę”. Sam Kocik nazbierał kiedyś dwie reklamówki kasztanów i przytargał je z Beskidu do domu – w celu bliżej nie określonym, ale przytargał! Bo jesień rządziła się swoimi prawami! Była złota i polska, nawet jeśli lało jak z cebra, to mówiło się, że “ot taki urok klimatu”, ale jeszcze będzie babie lato.
Dziś rano Kocika obudziło dziwne poczucie, że prognozy (wyjątkowo) się sprawdzą, a meteorolodzy nie zapili z okazji święta synoptyka i nie bredzą jak potrzaskani… Zerknięcie zaokienne poczucie potwierdziło. 14 października roku pańskiego 2009 – padał śnieg! Toż to się w głowie Kocikowej zmieścić nie chciało i nadal nie chce. Jakim prawem ktoś urządza nam takie niespodzianki? Kocik przeczesał nawet Internet, by dowiedzieć się gdzie można reklamować taką pogodę, ale wyniki przeczesywania nie przyniosły efektów i można było tylko poczłapać w kierunku Trąbkowym, by ukoić swój ból przy dzbanku zielonej.
Może to tylko senny koszmar i jutro rano okaże się, że za oknem pięknie, słonecznie i sucho, a wszystkie doniesienia o zimowym kataklizmie były dziennikarską kaczką?
Kocik ma jednak nadzieję, że “ta zima kiedyś musi minąć” i znów będzie wiosna :) Więc dwie muzyczne przesyłki – ku pokrzepieniu serc :) Nim stanie się tak…

Alleluja i do przodu, czyli coś w klimacie historii kuchennych ;)

•październik 12, 2009 • 4 komentarzy

Jesiennej aurze i szarzyźnie wszechogarniającej Kocik się nie poddaje i aktywizuje się na wszelkich (możliwych) polach :) Także na blogowym polu postanowił coś zdziałać, a że zainspirowany (i zaśliniony) został przez lekturę (póki co pobieżną) wspominanego bloga kulinarnego, postanowił sobie dodać nową sprawność blogową – wrzucanie przepisików na kocikowe specjały :) I nie tylko kocikowe oczywiście, bo część “kocikowych standardów obrzydliwych” pochodzi z szeroko pojętego otoczenia :) Sprawność ta jest również związana ze stanem, w którym Kocik się znajduje – jest na kosmicznym etapie kulinarnym i tylko duma, co by tu ugotować, kiedy, z czego i dla kogo :) Chętni do skarmiania proszeni są o kontakt i uzgodnienie menu ;) Kocik przyznaje, że natenczas jest zafascynowany intensywnymi kolorami: paprykami, brokułami, szpinakiem, dzikim ryżem, curry, kurkumą :) Ale zgodną jest istotą i może zmodyfikować swoje fascynacje :)
Aha…jeżeli ktoś liczy, że Kocik poda coś w wersji: 10 dag tego, 15 gram tamtego i 6 sztuk śmego, to niech się nie łudzi… Kocik tak nie gotuje :) Nawet jeśli bierze do łapy jakiś przepis, to z różnych powodów miesza, zmienia, cuduje, wiankuje. Wyjątkiem są ciasta – tu stara się trzymać chociaż proporcji i poskramia swoje zapędy improwizacyjne. Zresztą gdyby nie kreatywność kuchenna, to nigdy nie powstałyby np. naleśniki ze szpinakiem w wersji kocikowej (pierwotnie były pierogami, w których było nadzienie do tarty ;) ).
Natenczas Kocik oddala się, by wybrać przepis, który powinien się znaleźć tu jako pierwszy… a myśląc będzie wyglądał tak:
fot. P.Krysiak
*za zdjątko pięknie dziękuję Piotrowi, który poniedziałkowo uraczył mnie całą serią “małych kocików”, uśmiechając mnie z rana :) Za jego pozwoleństwem, a nawet wskazaniem, od czasu do czasu wrzucę tu któregoś :)

Kocik nie może się powstrzymać, czyli spóźnione “na dobry weekend i nie tylko part 4″ :)

•październik 10, 2009 • 14 komentarzy

Kocik został uraczony przywilejem upieczenia ciasta dyniowego, o czym dowiedział się nim na stół “wjechał” dzbanek jego zielonej herbaty*. Po powrocie do domu rzucił się do starych, dobrych googli, ponieważ do tej pory takiego cuda nie robił. Zdarzało mu się różne przepisiki realizować, z mniejszymi lub większymi modyfikacjami, ale dynia to obszar nieznany (póki co). I jak się rzucił do poszukiwania, tak trafił na wspaniały blog kulinarny, który zagościł już w zakładce “do poniuchania” :) I choć jako wychowana istota Kocik spytał autorkę o zgodę, to nie może się opanować i trochę a konto zamieszcza zdjęcie tego zjawiska… Licząc na to, że nikt mu tego za złe mieć nie będzie.
Niniejszym Kocik ogłasza, że postara się stworzyć coś takiego…albo coś podobnego do tego :)
Zainteresowanych podróżami kulinarnymi Kocik odsyła do strony o lizaniu paluszków (proszę się zaopatrzyć w śliniaczki, bo na sam widok ślinka cieknie) :)
Zdjęcie pochodzi z wyżej wymienionego bloga, jest własnością Tatter.
pumpkin-cake-1
* Tu następuje porozumiewawcze mrugnięcie do Klakiera ;) Wpisik z Twojej inspiracji ;)

Ogłoszenie azylowe

•październik 10, 2009 • 2 komentarzy

W ramach “Na dobry weekend i nie tylko”, Kocik wrzuca dziś ogłoszenie. Już kilka dni temu dobiegły go niepokojące wieści dotyczące społecznego schroniska dla zwierzaków. Miejsce, w którym kociaki i psy znajdowały opiekę i niejednokrotnie ratunek, jest zagrożone eksmisją, z powodu planów budowy osiedla domków w pobliżu siedziby schroniska.
Abstrahując od idiotyzmu sytuacji, pomoc i wsparcie jest bardzo potrzebne! Pierwsze primo – jeśli ktoś planował sprawić sobie zwierzaka, to może jest to dobra okazja? Drugie primo – pomoc potrzebna od zawsze, czyli jedzonko, grosik, co tylko może się przydać.
Odsyłam do artykułu oraz strony samego schroniska.

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…

•październik 10, 2009 • 2 komentarzy

…chociaż jak Kocik patrzy na tempo, w jakim kolejne dni mijają, to stwierdza, że za moment zniknie termin “dni, których nie znamy”. Wszak Kocik budzi się w poniedziałek, ledwie łapą ruszy, ledwie odwróci się w prawo-lewo i już jest piątek. Prawdą jest, że czas weekendowy interesuje Kocika dużo bardziej, niż czas pozaweekendowy, który organizuje mu rzeczywistość 7.30-15.30, ale nie zmienia to faktu, że co weekend Kocik ma kolejne pięć dni na karku ;) Ale nie ma być marudząco (zresztą proszę się nie doszukiwać malkontenckich zajawek w tym, co Kocik wyklikał, bo nadal jest Kocikiem energetycznym, Kocikiem endorfinowym i skaczącym po ścianach).
Tempo szaleńcze kolejnych dni (krótszych i krótszych, bo wiadomo – jesiennie, szarugowo, buro i co tylko), powoduje, że nawet opcja sentymentalnego spoglądania wstecz trochę się Kocikowi uśpiła, bo nie ma kiedy odwrócić łebka :)
Ale okazję ku takiemu kręceniu łebkiem dał Kocikowi ostatnio (nie dalej jak wczoraj) Sąsiad drogi, który prócz wszystkich swych aktywności zawodowych, podjął się kolejnej – nauczania studenckiej braci. Że nauki sąsiedzkie są tematycznie związane z kocikowymi działaniami, to postanowił on zaglądnąć w rejony swojej dawnej uczelni, z której wymaszerował pewnego czerwcowego dnia z dyplomem i powiedział “adios!”.
Owszem zdarzało się Kocikowi wejść na sekund pięć w progi wydziałowe (bo zawsze było kogo odwiedzić), ale zazwyczaj w przelocie i biegu. Tym razem Kocik zaplanował posiedzenie na zajęciach wraz z grupą studentów, którzy rządni wiedzy (haha) przybyli na zajęcia z masakrowania tekstu. Przemierzając korytarze szanownej instytucji, która co roku w świat wysyła tak wielu światłych humanistów (w zależności od rocznika), Kocikowi śmiał się pyszczek, bo przypominały mu się godziny spędzone w gmaszysku. Ledwie mówił “adios”, ledwie pomachał na do widzenia przestrzeniom uniwersyteckim, a tam takie zmiany… Przede wszystkim jednostka ta nadal istnieje (co Kocik podejrzewał, bo kilka znanych mu osób, nadal tam nauk udziela), poza tym wkracza tam (nieśmiało) technika wyższego rzędu (komputer dla studentów), dokonują się remonty i rewitalizacje przedwojennych przestrzeni (tu kafeleczki, tu elewacyjki, tam placyk wybrukowany). Choć sama przestrzeń jakoś opiera się zmianom diametralnym i nadal to długie korytarze z szeregiem (niezliczonym) drzwi, wystawki z książkami szanownych profesorów, tablice z miliardem ogłoszeń (od wynajmę mieszkanie, przez sprzedam współlokatora, po oddam tipsy – 9+1 gratis). Największe zmiany dokonały się w podziemiach wydziałowych, gdzie zawsze kwitło stołówkowe życie, a teraz ciemność i głucha cisza (bo stołówkowa grupa opuściła naszą drogą uczelnię). Tu Kocikowi łezka się zakręciła w oku, bo nie tylko spędził tam wiele godzin (a przynajmniej przez pierwsze dwa lata spędzał, bo potem zagnieździł się na “swoich” włościach), gdzie zjadał (a czasami teoretycznie zjadał) obiadki w cenie 5,60 (przed podwyżką), gdzie kopał w kserówkach i walczył z gramatyką. Po przenosinach na “włości” zaglądał tam tylko po sam obiadek, z którym wędrował do “szóstych wót”, gdzie kumulowały się nie tylko brudne kubki (czego myśmy tam nie hodowali!), ale i tace oraz naczynia stołówkowe – co zresztą kiedyś skomentował zarządca stołówkowy, wchodząc do “wót” i widząc piętrzące się talerze i szklanki :) Teraz pustka, pustka (i kapustka), a studenci gnieżdżą się…nie wiadomo gdzie. Chyba po korytarzach się rozsiadają, bo na siedzenie przed wydziałem już nieco za zimno.
Ale właściwie Kocik i tak przybył na zajęcia w porze popołudniowej, więc pokicał w kierunku sali, przed którą kręcili się już studenci. Tacy dorośli, bo piątoroczni. Tu Kocikowi przemknęło tylko przez głowę, że za rok będą to zupełnie inni ludzie, bo zdążą (w większości) zderzyć się z po-uniwersytecką rzeczywistością, która nauczy ich więcej niż nie jedne zajęcia). Półtorej godziny zajęć z masakry tekstu minęło Kocikowi przeszybko i bardzo miło, bo Sąsiad ujawnił niesamowite talenty dydaktyczne (za co zresztą pochwalon został :) ). Kocik pomyślał, że gdyby wszystkie zajęcia takie były, to można by się było zastanawiać nad chęcią powrotu do studiowania…ale właściwie… Kocikowi nie jest źle tu,gdzie jest (no i nie wszystkie zajęcia takie były-niestety) :) A w odwiedziny zawsze skoczyć może :) I to bez stresu, jaki towarzyszył niektórym ćwiczeniom (jak z panią Ciasto Wielkanocne), czy znużenia (jak u pani Nosicielki Jezuska). Takie “studiowanie”, w którym Kocik wybiera sobie zajęcia i prowadzących dużo bardziej mu odpowiada… :)

Zajęcia sąsiedzkie wprawiły Kocika w doskonały nastrój, więc radośnie pokicał w teatralne rejony, by spędzić miły wieczór premierowy. Tym milszy, że w rejonach tych nie był już dobry miesiąc. Nie ma to jak dobre preludium do weekendu :)
listeczek_z_bliska
liściasto i czerwono…jak na jesień przystało :) do tego Kocik właśnie zjadł zupę paprykową i jest w pomarańczowo-czerwonej aurze :)

Proza kocikowego życia

•październik 6, 2009 • 4 komentarzy

Dopiero co Kocik się rozpływał na tym, jak to się odporny zrobił i już pół roku nie zmagał się z żadnym przeziębieniem… Ledwie raczył wyartykułować taki sąd, a już po kilku dniach lało mu się z nosa, jak z cysterny, a do tego rzęził, jak polonez z 25-letnim stażem. No ale cóż – za kocikową głupotę trzeba płacić. A raczej trzeba płacić za pomysły biegania po basenie :) trudno się mówi, katar nie dżuma – kiedyś przejdzie :)

Postępujące choróbsko (które ze zdwojoną siła dopadło Kocika podczas seansu “Przerwanych objęć”) nie przeszkodziło Kocikowi w spędzeniu weekendu w sposób miły i arcysympatyczny :) Sobotnie spacery giełdowe (po których w łazience znalazły się dwa kwietuszki nowe, a w kuchni zaczyna się piąć bluszczyk), wizyty szmateksowe (Hydryś w tej kwestii stworzył potwora, bo Kocik zaczyna się uzależniać :) ), kulinarne działania leniwe i niespieszne (zakończone zbiorową konsumpcją darów bożych, którymi nikt nie gardził ;) ) i ciepełko podkocykowe (w ramach walki z dreszczem – bynajmniej nie emocji) – tak w skrócie minęły Kocikowe dwa dni wolne od działań etatowych.

Aktualnie Kocik dźwiga się z osłabienia przeziębieniowego, stara się działać pracowo (prężnie, by mu światełko w tunelu nie zginęło w pomroce obowiązków) i pielęgnować w sobie endorfinowe szaleństwo :) Proza życia. Ale dobra proza – bo własna, oswojona i nienużąca :) Czy to oznaka starzenia się kocikowego? :)
Ach…no i jeszcze jednej aktywności Kocik się oddaje – nie daje się wciągnąć w szaleństwo fejsbukowe, które ogarnęło otoczenie najbliższe. Spotkania towarzyskie sprowadzają się do rozmów kto już jest, kogo nie ma, kto jaki test zrobił i co mu wyszło, kto co zasadził na swojej wirtualnej farmie i za ile dni można się spodziewać zbiorów, kto jakie zwierzątko komu sprezentował. Kocik zaczyna się poważnie martwić, bo długotrwałe sadzenie dyń, arbuzów, bawełny i truskawek może być brzemienne w skutkach :) I abstrahując od swojej wrodzonej przekory, to zastanawia się, czy aby nie staje się socjopatycznym typem, że takie społecznościowe zabawy już go nie bawią?
Dziś nawet uknuł sobie, że zapisze się na ten cały fejsbuk, gdy na wirtualnej farmie będzie można sadzić zieloną herbatę… No i cóż… Można! Na 28 poziomie (cokolwiek to oznacza :) ). Trzeba wymyślić nowy zaporowy argument ;) Wszak Kocik ma już swój kawałek sieci dla siebie :)

Na dobry weekend i nie tylko part 3

•październik 2, 2009 • 2 komentarzy

Kocik ostatnio ma jakieś wspominieniowe pojazdki, które przenoszą go w krainę dzieciństwa, z której wygrzebuje jakieś pozytywne okruchy. Równie pozytywnie jawi mu się film Where the Wild Things Are, na który już z od lipca ostrzy sobie ząbki wraz z Hydrysiem :) Pozytywnie, ciepło…o tak po prostu :)
A w [sic! :) ] głowie kocikowej kolor bursztynowy i iście świetliste refleksy :)