RSS

Archiwa miesięczne: Luty 2009

kocikowe wyjście (sic!) smoka, czyli „laundry day”

Kocik musi się przyznać, że smoka nie przypomina (nawet w chińskich horoskopach do smoka mu daleko)…no może ma czasami wzrok bazyliszka, ale to jednak za mało, by mówić o wejściu smoka w kocikowym wykonaniu… Więc dla oddania sprawiedliwości reprezentatnom smoczej nacji, kocik przyznaje się  tylko do wYjścia. No bo ukryć się nie da, że kocik wyszedł. Nie jakoś spektakularnie, nie przy dźwiękach marsza, nie stąpając po płatkach róż, lecz jakoś tak spokojnie i trochę nie wierząc, że to jest TO wyjście. Kocik przez ostatnie kilka dni pracowych, sukcesywnie sprzątał i ogarniał, pakował i chował, utylizował stare szpargały i układał pozostałe, by nie zostawić po sobie ni odrobinki bałaganiku. Dziś ostatecznie spakował swoje prywatne rzeczy, których trochę nazwoził przez ostatnie (prawie) trzy lata*.

Oczywiście kocik (jako istota refleksyjna i sentymentalna) z każdą pakowaną rzeczą przypominał sobie różne okoliczności przyrody, w których funkcjonował przez ten czas. Jako istota naiwna, przypominał sobie głównie te miłe, te mniej miłe wywalając konsekwentnie poza nawias. I tak przypomniało mu się jak pisał (choć w inny miejscu) takie słowa:

Ja tylko na moment…a więc…zostaję…tzn. na pewno do końca wakacji…a potem się okaże czy się nadaję (…) Póki co zwiedziłam całą willę…wysłałam faksy…zapoznałam się z zasadami rezerwacji sali i zapisywania poczty, założono mi konto…a teraz zabieram się za pracę…pierwsze zadanie: pomoc przy realizacji Festiwalu Bachowskiego…

Chyba się nadawał, skoro został do końca wakacji 2006, 2007, 2008 roku…i nawet zahaczył o 2009.  Z biegiem lat, z biegiem dni wszystko zlewało się w niekończący się dzień pracy, jeden wielki projekt, z krótkim oddechem wakacyjnym i brakiem oddechu w pozostałych częściach roku. Bez wątpienia kocik nauczył się wielu rzeczy, doświadczył też nie mało, przeżył całkiem sporo w swoim poza pracowym życiu, kilkukrotnie dokonując zwrotów o 180 stopni. Zrobił kilka dobrych i kilka mniej dobrych rzeczy, poznał wielu wspaniałych ludzi i kilku mniej wspaniałych (którym na pohybel), cieszył się i wściekał, śmiał się i płakał krokodylimi łzami (ze zmęczenia). Ale jedno jest pewne…dzięki temu kocik wie co chce robić w życiu, co sprawia mu satysfakcję i do czego się nadaje. Jest bestią projektową – trzeba to wyznać otwarcie i bez fałszywej skromności.

Z nostalgią wspominał dziś sobie pierwszy projekt, na jaki pojechał, a o którym (w tym innym miejscu) pisał:

(…)ci, którzy „organizowali” rzeczywistość powojenną w Polsce (bloku środkowo-wschodnim) mogli sobie darować „powoływanie” PKWNu 22 lipca…ponieważ to wspaniałe święto przez wiele lat było okazją do otwierania obiektów wszelkiej maści…w tym także stadionu w chorzowie…siłą faktu obchody 50lecia także zaplanowano na lipiec…co przy panujących warunkach pogodowych było prawdziwym koszmarem…
prawie 10 godzin w ogromnym namiocie, gdzie prezentowana był wystawa… zaduch, tłumy ludzi i konieczność bycia miłą,uprzejmą oraz kompetentną osobą (nie tylko jeżeli chodzi o wiedzę dotyczącą projektu,ale i np. względem informacji gdzie jest pan X., jak się nazywała ruda śląska po niemiecku, ile będzie kosztował remont stadionu, gdzie organizatorzy imprezy ustawili toalety, gdzie na terenie stadionu można skorzystać z internetu,jak się nazywała miejscowość,którą podał franciszek dolas, jako miejsce swojego urodzenia w filmie jak rozpętałem II wojnę światową…) (…)**

Z perspektywy czasu, oczywiście trzeba napisać, że ta lipcowa przygoda była prawdziwym wywczasem i prócz duchoty, to projektowo nie można się tam było namęczyć 😉 A potem przyszły działania wszelakie, których dokumentacja zapełnia kilkanaście opasłych segregatorów.

Mimo wielu przeciwności losu, mimo sytuacji, które potrafiły doprowadzić do pasji wg świętego Łukasza, mimo… wszystko… ten czas nie był stracony. I na pewno był bardzo ważny w kocikowym życiorysie.

W ramach odreagowania i uporządkowania rzeczywistości poza pracowej, kocik wpadł w amok sprzątaczy i z prędkością tornada przebiegł przez strączek – doprowadzając go do stanu używalności. Urządził też prawdziwy „laundry day” i wcielił się w rolę kocika-pracza. Jak porządkować to kompleksowo i na każdym polu.

A teraz chyba pora na kocikowy spoczynek… bo i deficyt jest odczuwalny, a weekend zapowiada się pracowity 🙂

*pisząc te słowa kocik zdzielił się łapką w czoło…kubeczek się ostał z owieczką!

** po przeczytaniu całości opisiku Kamala pierwszy raz zarządziła: „pisz kociku!”

*** a w ramach owocowego dodatku – agrest:)

agrest

Agrest jak z „agrestowej chmurki”, na której wczoraj przysiadł kocik w towarzystwie Jelonka i Myshy. Poezja smaku zafundowana przez Pannę Galeryjkę, umiliła nam czwartkowy wieczór i zwieńczyła wojaże po-wystawowe. Dla kocika była też uroczą chwilą oddechu po porannym bieganiu ze świstkiem, na którym podpisać musiało się pół świata, a  drugie pół musiało przybić pieczątkę. Ale to opowieść na czwartą gwiazdkę 🙂

**** kocik od poniedziałku wskakuje w nową rzeczywiśtość. Nową, ale trochę już znaną – bynajmniej z nie najlepszej strony:) Niemniej…by wskoczyć w tę rzeczywistość, kocik musiał: przedłożyć cv, wypisać kwestionariusz, napisać podanie, dostarczyć inne podanie i czekać na decyzję. Kiedy instancja zwierzchnia decyzję wydała, kocik dostał skierowanie na badania wstępne, gdzie pobieżył radośnie wczoraj rano. W przychodni znów wypełnił kwestionariusz i stronnicowy wywiad (czy zdrowy jest psychicznie, czy pali i pije, czy w główkę się kiedyś nie uderzył). Nastęnie stanął przed obliczem pani doktor, która zapytała kocika raz jeszcze, czy główka cała (i rozszerzyła pytanie o rodzicieli kocika), czy kocik widzi i słyszy, czy kocik rodziła, czy problemów nie ma. Następnie pani doktor osłuchała kocika i kazała dotknąć palcami wskazującymi nosa kocikowego (to ładne było 🙂 ). Na tej podstawie orzeczono, że kocik jest okazem zdrowia i aż do 2012 takim okazem będzie. Więc z pisemnym potwierdzeniem tego faktu, kocik pobieżył (świńskim) truchtem znów do kadr, a tam z pięć druczków i osiem podpisów (czy i w jakim stopniu kocik jest niepełnosprawny, czy pobiera jako pijawka społeczna jakieś renty, etc.). Następnie w kocikowej łapce spoczęła karta obiegowa i… zaczęło się obieganie.

Kocikowi skojarzyło się to wręcz bajkowo:)

Ale kocik był dzielny! Na poniedziałek zostało mu tylko szkolenie (jak nie zabić się przy czytaniu i pisaniu) oraz kolejna wizyta w kadrach (jak ćwiczyć cnotę cierpliwości każdego dnia 🙂 )

Reklamy
 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu Luty 27, 2009 w około-kocikowo

 

Niebezpieczna zatoka

Kocikowi się skojarzyło i przypomniało… Ostatnio jakieś ma napady sentymentalnych nastrojów (jak w niedzielę, kiedy obudził się w strugaczkowym łóżeczku i pomyślał: ojej…jak leniwie i miło… jeszcze tylko „teleranek” i kubek herbaty, i byłoby jak za czasów kocikowego dziecięctwa). Tym razem jednak sentymentalne skojarzenie nie jest motywowane błogością (niedzielną), lecz kocikową niemocą. Otóż kocik po etapie „bezgłosu”, „duszności kaszlowych” i „drapaka gardłowego”, osiągnął etap „niebezpieczna zatoka”. Etap ten objawia się montrualnym katarem oraz zatokowym bólem kocikowego łebka. Co nie zmienia faktu, że kocikowi przypomniał się serial, o tym tytule, który oglądał w dzieciństwie swym z największą radością (i pewnie stąd onegdaj marzyło mu się bycie biologiem…ale kiedy kocik przekonał się, że tropienie „środowiskowych przestępców” nie jest tak spektakularne, jak w wykonaniu dra Granta, to zmienił plany 😉 ).

Ale miało być o strugaczkowej wizycie… Była oczywiście przemiła i przejedzona (tradycyjnie 🙂 ). Kocik i Sąsiedzi najlepsi na świecie wyruszyli wczesnym, bladym świtem, tuż przed 11. Zapakowani w żelusia pomknęli w kierunku Strugaczkowa w towarzystwie wspaniale świecącego słonka 🙂 Bez problemu najmniejszego zameldowali się „na drugim końcu miasta” (nie bez przyczyny kupiono „papierowy gps”, czyli mapę Strugaczkowa) i rozpoczęło się przegadane spędzanie czasu, uzupełniane kolejnymi kawkami, herbatkami, ciasteczkami, obiadkami, kolacyjkami… Już po kilku godzinach kocik nadawał się tylko do położenia na podłodze i toczenia. Po rozmowach przyszedł czas na zabawy przyjemne i pożyteczne, w ramach których wcielaliśmy się w detektywów (sic!), tropiących niecnych zabójców, szukających narzędzi zbrodni i próbujących odgadnąć okoliczności popełnienia przestępstwa 🙂 W ramach przerywnika, rzucaliśmy okiem na ekran gigantycznego telewizora, gdzie z rozbawieniem czytaliśmy smsy, wysyłane przez widzów kanałów muzycznych. Kocik utwierdził się w przekonaniu, że telewizja jest wynalazkiem, który ogłupia rzesze i wypiera im z głów nawet resztki zdrowego rozsądku 🙂

Niedziela równie leniwa i spędzona w błogostanie strugaczkowym… zakończona wycieczką krajoznawczą, celem odebrania Myshy z jej weekendowych wojaży oraz kolacyjką u Jelonka 🙂 Miły weekend… kolejny równie spokojny za dwa tygodnie. A póki co, Kocik nastawia się na wytężoną pracę sobotnio-niedzielną.

Teraz jednak czas na wytężoną pracę tygodniową 🙂

ps. kocik rozpoczął działania ogarniające rzeczywistość pracową. Jeszcze trudno mu uwierzyć, że to już. Ale to jednak już.

 
6 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Luty 24, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Kocikowa niemoc

Drugi miesiąc roku i drugie przeziębionko na kocikowym koncie. Niestety, ale kocik aktualnie komunikuje się głosem Woodiego Allena – czy się to komuś podoba, czy nie, to kocik: chrypi, skrzypi, kaszle i nader często odchrząkuje. Poza tym właściwie nic mu nie jest, ale profilaktycznie (i po odpowiedniej reprymendzie porannej 🙂 ) zakupił zestawik z uderzeniową dawką witaminy C i liczy bardzo na to, że go to do pionu szybko postawi 🙂

A że oczywiście kocik nie nadaje się do leżakowania chorobowego (bo to go wpędza w totalną depresję i smutek tropików), to wybywa na ultrakrótką (ale jednak) wizytę w Strugaczkowie. Ciasta się pieką, dywany już rozwinięte (jak dziś relacjonowano), to nie pozostaje nic innego, jak wsiąść w sąsiedzki samochód i pomknąć na chwil kilka… Wszak pod świętym krzyżem płuca się otwierają, to może kocikowe zdrowie na tym skorzysta 🙂

Po powrocie kocik obiecuje zdać szczegółową relację, a póki co idzie się ulokować łóżeczkowo, wraz z ciepłym termoforkiem i zapasem medykamentów pod ręką 🙂

*Kocik dziękuje Jelonkowi za lekcję poglądową w temacie: „jak zatankować motocykl”, „jak odkręcić ohydny element błotnika”, „jak odśnieżyć (prawidłowo!) samochód” 🙂  Pyszny to był piąteczek 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 20, 2009 w około-kocikowo

 

Się dzieje w kocikowym świecie

Kocik biega na jednej nodze, załatwia sprawy przeróżne – najczęściej absorbujące, lecz na szczęście (w większości) miłe lub bardzo miłe. Co nie zmienia jednak faktu, że kocik przemieszcza się w tempie równym pierwszej prędkości kosmicznej.

Na jednych z zajęć uczono go, by sprawy dzielić na: pilne i ważne, pilne i mniej ważne, ważne i niepilne oraz niepilne i nieważne. Ta ostatnia kategoria z założenia ma trafiać do kosza. Ostatnimi czasy kocik zauważył, że także kategorie pilne i mniej ważne oraz ważne i niepilne są spychane w niebyt kocikowej przyszłości, a pierwsza kategoria zajmuje kocikowi 99,9% czasu. Pozostała 0,1% to czynności, bez których kocik chodziłby brudny i głodny 🙂

Ale by nie uronić ni drobinki, kocik musi się cofnąć blisko o tydzień, kiedy tak naprawdę wpadł w wir pierwszej kosmicznej 🙂 W piątek trio wybrało się ponownie do Cieszyna, tym razem przyjemnościowo, by radować się efektem działań wcześniejszych (czyli prezentacją zdjęć). Zanim jednak udało się dotrzeć w okolice teatralne, trzeba było przeżyć prawdziwą gehennę drogową, ponieważ od kilku dni świat najbliższy (i jak okiem sięgnąć) zamienił się w drugą Laponię, a od niedzieli prawie w drugą Grenlandię. Więc całkiem nie długa trasa zajęła ponad dwie i pół godziny, bo warunki nie sprzyjały szarżowaniu (zima tradycyjnie już zaskoczyła drogowców). Po szczęśliwym dotarciu Jelonki, Myshy i Kociki wpadły w tłum „śmietanki” i rekinów finansiery, którzy tego wieczoru zebrali się w teatrze. Przy okazji załapały się na spektakl, którego absurdalność wyniosła je w okolice innej galaktyki. Ubawiły się mimo wszystko setnie, choć w większości dzięki obserwacjom socjologicznym. Tłum kwiczał z radości i rozbawienia, trio zaś przyjęło stanowisko „loży szyderców”, nie znającej litości i nie mającej zmiłowania nad całokształtem spektaklowej rzeczywistości.

Podróż powrotna upłynęła w równie śnieżnej atmosferze (kocik miał wizję wymiany kół świstakowych na płozy) i trwała równie długo (bo drogowcy dawali się nadal zaskakiwać).

Kolejne dni były już tylko milsze i szybciej upływające… Weekendowo kocik się edukował (co dla jego biednej istoty oznaczało wstawanie o porach barbarzyńskich) i ćwiczył umiejętności menedżerskie wytrwale. A do tego korzystał – choć odrobinę – z uciech, jakich los mu dostarczał… Zaczynając od sobotniego obiadu myshowego, przez koncert Przemykowy (wielce uroczy, podczas którego kocik powydzierał się bezkarnie, zagłuszony głosami licznie zgromadzonej publiczności), winne omawianie wydarzeń koncertowych (a rzeczywistość koncertowa omówienia wymagała, jak mało która), niedzielne roz-jeżdżanie śniegu, zahaczenie o hacjendę Pawiana, Łasica oraz Nadieżdy i kawowe trzy kwadranse u Myshy (gdzie znów rzeczywistość koncertowa była omawiana 🙂 ). Niedziela zakończyła się odrobiną pracy dodatkowej, bo nie samymi przyjemnościami i edukacją kocik żyje.

Poniedziałek upłynął pod znakiem dnia (teoretycznie) wolnego. W praktyce kocik jak wybył z domu o 10, tak wrócił doń tuż przed 2. Ale za to z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, bo dostarczył do kadr wszelkie papiery, które mają utorować mu drogę do przenosin pracowych, zjadł śniadanie w najlepszym na świecie urzędzie i wypił egipską herbatkę w towarzystwie zacnym, pojechał z Jelonkiem w okolice studia „kryklającego” (gdzie wstępnie uzgodniono terminy i motywy do zmaterializowania na powierzchni jelonkowej), pooglądał z wyżej wymienionym: rękawice, kurtki, kaski, zjadł pyszne placki, odwiedził salon Toyoty* (wystawowo), by ostatecznie zacumować pod niebem samym, w samym środku „pola kukurydzy”. Zacumowanie było na tyle skuteczne, a wizyta u właścicielki lokum kukurydzowego na tyle frapująca, że kocik wrócił, o której wrócił… I tak wiedział, że bez płynnej bateryjki na start wtorkowy się nie obędzie, więc czas powrotu nie miał już znaczenia 🙂

I choć przez ostanie kilka dni wydarzyło się x rzeczy, podjęto y działań i zrealizowano z planów, to jedno się nie zmienia… wciąż pada śnieg. Pada uparcie i obrzydliwie metodycznie zasypuje każdy milimetr kwadratowy przestrzeni. Kocik tylko czeka, kiedy na ulicach pojawią się sani i renifery, a na placach miast pojawią się świąteczne choinki. Żeby tak móc się zaszyć, zapaść w zimowy sen i obudzić się, gdy wiosna będzie szaleć i swą bujnością świat atakować.

platek-sniegu

*tu przypis. Kocik nie wiedział, że jest taki sławny i znany. Nie wiedział do tego stopnia, że gdy się dowiedział, to ponoć miał minę tak stropioną, że Jelonka zwinęło ze śmiechu. Fiknąłby salto radosne, gdyby nie śliska posadzka w salonie. Ale w ramach wyjaśnienia… Kocik i Jelonek poważnie rozmawiają z Panną Toyotówną, która nagle proponuje, by przejść na „ty”, bo przecież jesteśmy w podobnym wieku. Mówi więc: no przecież ja jestem rocznik ‚YY, a Ty (tu wskazuje kocika) ‚ZZ. Kocik dokonał skanowania pamięci, by sprawdzić czy i kiedy informował o swoim wieku, ale gdy nie znalazł żadnego faktu przypominającego takie zdarzenie, zapytał dyskretnie: a skąd takie informacje? I tu dziewczę radośnie wyznało – studiowałyśmy podobny kierunek… Kocika oczęta miały ochotę pomaszerować po śliskiej posadzce ze zdziwienia, bo takimi informacjami już na pewno się nie dzielił, a do tego widział Pannę Toyotównę pierwszy raz w swym życiu. Cóż wyjaśnienie było dość proste -kocikowe imię i nazwisko wydało się tak znajome, że na okoliczność kocik został „przegoogle’any” i wyszło szydło, czym też się zajmował w ciągu ostatnich 5 lat.

A mawiali oświeceni: nie ma Cię w google’ach, to nie istniejesz. Kocik odetchnął z ulgą – istnieje. Ale czy to powód do radości? 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 17, 2009 w około-kocikowo

 

Zabezpieczony: Kocikowe skonfudowanie rzeczywistością

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

 
Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Opublikował/a w dniu Luty 17, 2009 w kocik marudzi

 

Kocik na polskich dróżkach

pyza z kulturaonline

Kocik, jak książkowa Pyza, jest ostatnio nieustannie na polskich (i nie tylko polskich) dróżkach. Kontynuując założenie „TUtam” kocikowego, przemieszcza się często i intensywnie, nigdzie na dłużej miejsca nie zagrzeje, tylko biegnie dalej do spraw kolejnych i równie pilnych, jak te, które absorbowały go przed momentem 🙂 Może nie ma takiej kolorowej spódnisi i zawadiackich trzewiczków, idąc dalej trzeba zauważyć, że siorstki pszenicznej takoż nie posiada… ale nie chodzi o to w czym, tylko jak kocik „pyzową” ideologię wprowadza w czyn. A co do tego, że wprowadza nie ma wątpliwości 🙂

Więc by nie być gołosłownym kocikiem, musi ona zauważyć, że ostatnie dni upływają mu pod znakiem bliższych i dalszych podróży, wizyt krótszych i dłuższych, atrakcji większych i mniejszych. Nie szukając daleko… wczoraj trio J&K&M zawitało w teatralne progi, by zamontować radośnie wystawę*. Ponad cztery godziny trwało zmaganie z materią ścian, w które gwoździa wbić nie można, obmyślanie współczesnego pisma klinowego (niech żyją sznureczki 🙂 ), walka z niepowtarzalnymi kinkietami, które stały się elementami systemu wystawienniczego…  Ale koniec końców wystawa zawisła, a efekt jest zadziwiająco dobry (zadziwiająco przede wszystkim z uwagi na przestrzeń, jaką dysponowaliśmy). Po tak intensywnych działaniach, nie mogło obyć się bez posiłku regeneracyjnego u pana Karela, po którym miast regeneracji, przydałaby się reanimacja (z powodu przejedzenia oczywiście).

Reanimacja przydałaby się także kocikowi dziś rano, kiedy z bólem wszystkiego zwlekał się z łóżeczka tuż po 6. No ale… jak się ktoś umówił na roz-jeżdżanie na godzinę 7 (sic!), to nie było innego wyjścia, jak na całkowitym „autopilocie” zebrać się w sobie i ruszyć do porannego boju. Tym bardziej, że dzisiejszy dzień również nie należy do stacjonarnych i zmusza kocika do przebieżki po aglomeracji 🙂

Ale już wkrótce zrobi się spokojniej, wręcz leniwie… Tak się kocikowi wydaje, bo przeglądając kalendarz, zauważył wolny wieczór w okolicy przyszłej środy 🙂

*tu koniecznym jest zamieszczenie odpowiedniego przypisu. Bo kocik mijałby się z prawdą, twierdząc, że wystawa zawisła tylko dzięki staraniom jelonkowo-myshowo-kocikowym. Podporą montażowego zespołu był bez wątpienia K., który podczas środowego montażu wykazał się posiadaniem wszystkiego (całkiem przypadkowo i jakoś ot tak… tym sposobem nie tylko do naszej dyspozycji były: ołówki, miarki, poziomice, kilometry sznurka, haczyki, ale i cały zestaw wiertarkowy). Poza tym z chirurgiczną precyzją odmierzał, kroił, ciął i zaszywał… a dodając do tego często powtarzaną kwestię: „nożyczki siostro” i znaczne tempo prac, można orzec, że wspólnie odegraliśmy całkiem niezły „Ostry dyżur” lub innego „Doktora House’a” 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 12, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Kocik poleca uwadze

Oto przypis do zaabsorbowania jelonkowo-kocikowego i ostatnich wizyt nad granicą (oraz zapowiedź kolejnych) 🙂 Poniżej efekt (a przynajmniej jego część) dzisiejszego posiedzenia nocnego…  Szczegóły już dostępne na stronie o znanym adresie (a jeśli dla kogoś nieznanym-to odsyłam do „wwwarto poniuchać” ) 🙂

plakat_min

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 9, 2009 w około-kocikowo