RSS

Archiwa miesięczne: Kwiecień 2009

Kocik dyga i kłania się (z wdzięcznością)

Kocik pięknie dziękuje za wszystkie życzenia, które spłynęły były do niego w dniu wczorajszym – niezależnie od medium wszystkie bardzo go wzruszyły i uradowały! Wypada tylko dodać: niech się spełni (choć połowa – i tak byłoby całkiem nieźle 😉 )! Jak kiedyś stwierdziła Malina – w taki sposób można się starzeć 🙂
Poza tym kocik dziękuje za wczorajszy popołudnio-wieczór! Jelonkowi za urocze towarzystwo przy (i w ) tym na „K”, spacerek wieczorny i kwiatów naręcze; Różowej, Sąsiadowi, Myshy i Pani Kierowniczce Pijalni Siemienia Lnianego – za przemiły wieczór urodzinowy, okraszony ogromną porcją radości (momentami wręcz głupawki).

To był przepiękny dzionek w kocikowym życiu, za co kocik bardzo i raz jeszcze dziękuje 🙂

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 29, 2009 w kocikowi się marzy

 

Piąta, jubileuszowa, wyjątkowa jak zawsze:)

Kontynuując wątek świeckiej tradycji, rozpoczęty w poprzednim wpisie, kocik musi przyznać, że piąta edycja chechlańskich szaleństw należała do wyjątkowych. Przede wszystkim do wyjątkowo udanych. Do tego była wyjątkowo kameralna, co jednak dodawało jej chyba tylko uroku i czyniła ją atmosferyczną. Ale na początek nieco danych „technicznych”. Kierownictwem wycieczki byli (wymienieni już) Różowa i Sąsiad, którzy jeszcze na etapie zimowych śnieżyc dokonali wszelkich rezerwacji, obliczeń i wyliczeń, skrzyknęli (potencjalnych) uczestników i wydali dyspozycje 🙂

W piątek odbyły się (rytualne) zakupy przed-chechlańskie, w których wzięła udział (prócz Sąsiadów i kocika) Malina i zakatarzony Pawian; nawet chcieliśmy go umieścić w wózku (by dreptaniem męczyć się nie musiał), ale wolał sprawować pieczę w tradycyjnej wersji – czyli pchając wózek, w którym z każdą sekundą pojawiało się coraz więcej wiktuałów. Zakupowe towarzystwo miało sporo radości, snując wizje jak to jest rodziną wielodzietną, która zgodnie z tradycją przyjechała na piątkowe zakupy. Po-zakupowo czekał na nas Jelonek, który na swym jednośladzie przybył na małą inspekcję (czy karczku odpowiednio dużo kupiono i jaki rodzaj boczusia 😉 ). Oczywiście wzbudził nie małą sensację, bo Jelonki jednośladowe są sensacyjne… W przeciwnym wypadku żadne Blondynki by ich na skrzyżowaniach nie zaczepiały 😉 Dalsze przygotowania (mięskowe) kontynuowane były strączkowo, co przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych, gdyż Jelonkowi, Malinie, Sąsiadowi i kocikowi wzięło się na dywagacje pt. która gwiazda jest mniej lub bardziej „hot” 🙂

Jednak to co najlepsze miało nastąpić dnia następnego 🙂 Pakowanie, działanie sałatkowe, ostatnie zakupy i gimnastyka logistyczna, czyli kto z kim jedzie, gdzie jaki plecak upchnąć i co zrobić z jeszcze jedną miską. Mimo utrudnień drogowych (remont ulicy Przystrączkowej), ograniczonych przestrzeni ładunkowych i tysiąca dodatkowych elementów do zmieszczenia, wszyscy szczęśliwie dotarli nad chechlański zalew, gdzie czekała na nas przecudna uroda i nasz domek w wersji de lux. I znów zaczęło się rozmieszczanie, rozpakowywanie, przenoszenie i rozlokowywanie, które całe szczęście zakończyły się sukcesem i mógł się zacząć weekendowy wywczas. Przez cały czas stoły uginały się od dobroci, a szkło się nie męczyło zbyt długo, grillik działał (czasami aż za dobrze i trzeba było go przygaszać 😉 ), apetyty dopisywały. Wieczorem rozpoczęły się spacery w podgrupach (w przypadku części uczestników) i tańce-łamańce (w przypadku części drugiej). Te ostatnie koncentrowały się na znalezieniu formuły „Tańca Pofra”. Po godzinach wygibasów i propozycji mniej lub bardziej dziwnych, taniec został odkryty! Trudny jest on do opisania – właściwie trzeba go zobaczyć. Jedno jest pewne – taniec pofra nie może się obyć bez tryknięcia czółkami oraz „ptaków z przejściem” 🙂 Bogata dokumentacja zdjęciowa jest już w naszym posiadaniu-w wersji on-line’owej także 🙂

Niedzielnie jak zwykle odpoczywaliśmy, pławiąc się w błogim nieróbstwie, jedząc kolejne porcje grillowych przysmaków, popijając kolejne kawki, czytając zwyczajną gazetę, wystawiając odnóża do słońca. Co bardziej aktywni pokusili się na kolejne porcje spaceru (co Malina skwitowała: już dawno nie miałam tyle ruchu), mniej aktywni oddawali się drzemeczkom 😉

Niby nic specjalnego (?), ale arcymiły i przeuroczy weekendzik w gronie tych, bez których kociki nie wyobrażają sobie funkcjonowania 🙂

Na zakończenie Jelonki, Myshy i kociki zahaczyły jeszcze o Pszczynę, by zażyć ostatniej porcji spaceru w uroczych okolicznościach przyrody i by zjeść doskonałą porcję lodów 🙂 Kocik wewnętrznie się przeciąga i mruczy z rozkoszy na wspomnienie ostatniego weekendu 🙂

*Pewnie kocik nie napisał o tysiącu rzeczy – dlatego pozostawia komentarze do dyspozycji 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 28, 2009 w około-kocikowo

 

Już nie nowa,ale nadal świecka…

Kocik jest bez wątpienia tradycjonalistą. Oczywiście jego tradycjonalizm przejawia się głównie w uwielbieniu dla tradycji, które powstają z inicjatywy NIŻKów (Najważniejszych Istot w Życiu Kocika*), i w których owe NIŻKi uczestniczą, czerpiąc z tego (wraz z kocikiem) przyjemność nieograniczoną i niczym nieskrępowaną.  Takie tradycje kocik chętnie kultywuje, zachowuje w pamięci i nie szczędzi sił, by należytą cześć im oddać.

Dawno, dawno temu, kiedy kocik jeszcze nie wiedział, że kiedyś będzie kocikiem, widmo dorosłego życia ledwie majaczyło na horyzoncie, a trzydziestka wydawała się czymś tak odległym jak aktualnie emerytura, kocik i pozostali solenizanci kwietniowi (wówczas byli to: Operzyca, Toruński Piernik, Adoptowaniec), postanowili skrzyknąć uniwersytecką dziatwę i wywieźć ją nad zalew chechlański, by tam wspólnie oddać się celebracji urodzin wszystkich wyżej wymienionych. Tak narodziła się (wtedy nowa) świecka tradycja kwietniowego świętowania i spędzania weekendowego czasu nad wodą. Pierwszy wyjazd (z perspektywy czasu) był wyprawą survivalową, podczas której gnieździliśmy się w domku klasy C, wcinaliśmy czipsiki i piliśmy duuuuuużo alkoholu, a rozrywką wieczoru był konkurs „kto dłużej przytrzyma żeberko kaloryfera”. W zawodach najchętniej brała udział koleżanka Dziewanna, delektując się jednocześnie zapachem kurtki Operzycowego Brata (wg relacji którego śmierdziała ona zwyczajnie olejem samochodowym). Idąc za ciosem, rok później zjechaliśmy liczniej (zapraszając do udziału innych krewnych i znajomych) i wynajęliśmy już dwa domki – w tym wersję de lux, wyposażoną w kominek i wygodne przestrzenie mieszkalne. Od tego momentu wyjazdy chechlańskie zyskały nową jakość. To nie była już impreza w spartańskich warunkach, lecz komfortowy wyjazd dla zblazowanych dzieci z miasta 🙂 Z atencją i namaszczeniem oddawaliśmy się grillowaniu, pałaszowaniu sałatek i ciast, degustowaniu wytwornych trunków, pląsom i innym tego typu (atrakcjom).

Co roku zmieniała się nieco ekipa wyjazdowa i poszczególne konfiguracje – to nas przybywało, to ubywało, zmieniła się nieco konwencja (teraz już się nie zapraszamy, a po prostu wspólnie spotykamy), zdarzyło nam się także porwać na wyjazd trzydniowy, zawsze jednak cel był jeden – spędzenie odrobiny czasu w uroczych okolicznościach przyrody, a to wszystko okraszone sporą dawką ssania absurdu i jeszcze większą dawką jedzenia.  Przed każdym kolejnym wyjazdem udawaliśmy się na kolektywne zakupy i niczym osobniki z kraju trzeciego świata (wpuszczone do sklepowego raju), kupowaliśmy stanowczo zbyt wiele smakołyków, których – mimo zbiorowej żarłoczności – nie byliśmy nigdy (!) w stanie zjeść.

Podobnie zresztą było i w tym roku… Piąte (jubileuszowe) spotkanie nad-zalewowe, właśnie się zakończyło. Jak jeden mąż (lub żona) czekaliśmy na nie od lutego, kiedy tegoroczni organizatorzy i przodownicy stada (Różowa i Sąsiad) rozesłali elektroniczne gołąbki z poleceniem zarezerwowania sobie ostatniego weekendu kwietnia na hulanki i swawole. Byli tacy, którzy odliczali, inni zdecydowali się w ostatnim momencie, przetasowania przeróżne także miały miejsce, lecz finalnie na grupę chechlańskiej adoracji złożyli się (alfabetycznie): Adoptowaniec, Helena, Jelonek, Malina, Mariusz Wełna, Mysh, Operzyca, Pawianek, Różowa, Sąsiad, Ta, która wygląda jak trup na dnie jeziora oraz kocik oczywiście. Telefonicznie łączność utrzymywaliśmy także z Piernikiem Toruńskim, który pogrążony w czarnej rozpaczy pozostać musiał na dalekiej północy.

Póki co wystarczyć musi zapewnienie, że kocik bawił się przednio, pozrywał boki i ubawił się po kocikowe pachy, naspacerował się sporo, nagadał jeszcze więcej, poskakał przy specjalnej liście „Muzyczne Szity 2009”, coś tam przetrącił jedzonkowego i osuszył prawie dwie butelki wina. Oczywiście nie wyspał się prawie wcale (i to nie dlatego, że Pawianek raczył mu kruszyć macę nad głową przez pół nocy – to nawet było intrygujące 🙂 ), wrócił z wytarzanymi spodniami i nową kolekcją siniaków (ręka lewa: dwa, ręka prawa: trzy, nóżka lewa: cztery, nóżka prawa: cztery), a także kolczykami przecudnej urody oraz takimi cosiami, dzięki którym będzie szybciej śmigał basenikowo (cosie zakłada się na górne odnóża i nie są to dmuchane motylki 😉 ). Na szczegółową relację kocik zaprasza jutro po wiadomościach, bo póki co musi oddelegować się na spoczynek, ponieważ ma dziwne przeczucie, że w pracy nikt taryfy ulgowej nie zastosuje dla po-wyjazdowego kocika.

*coś ostatnio o kryptonimach było? Mali agenci coś się nie starają w tej materii 😛

** Dziękuję Wam – było uroczo 🙂 Zresztą sami to wiecie… (mam nadzieję). Szczególnie i w pas kłaniam się Małym Agentom – bo kolejny raz kocika zaskoczyliście 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 26, 2009 w około-kocikowo

 

Kocik oniemiały,czyli mali agenci :)

Jeśli ktoś choć trochę kocika zna, to wie, że rzadko zdarza mu się zaniemówić (za wyjątkiem wypadków chorobowych), stracić „język w gębie”, nie mieć słów i co tylko… Ale jak się już zdarzy, to powód musi być nie byle jaki i powalający kocikową istotę. Jeszcze rzadziej zdarza się, by kocik nie wiedział co ma napisać – bo w przestrzeni pisma lubi się werbalizować i zazwyczaj słowa odpowiednie (mniej lub bardziej) kłębią się w kocikowym łebku, krzycząc „mnie wybierz, mnie”. Czasami jednak bywa tak, jak dziś… kiedy kocik zastanawiał się od czego by tu zacząć, by nie bredzić bez sensu, by na pewno wszystko dobrze ująć, by w patetyczne tony nie uderzyć (choć nie byłoby to pozbawione uzasadnienia), by wyrazić to, co chyba jest niewyrażalne 🙂

Ogarniając kocikową istotę porannie, kocik dumał jak zacząć ten wpis, do którego ze skojarzonych cytatów nawiązać w pierwszej kolejności, jakie argumenty przywołać, a wreszcie ,jak to wszystko zgrabnie spiąć odpowiednią pointą. Mimo upływu kilku godzin, kocik nie doszedł do konstruktywnych wniosków, więc jeśli dla kogoś poniższy wpis jest chaotyczny – to kocik przeprasza, liczy na wybaczenie i wyrozumiałość 🙂

Rozpoczęcie nr 1

Dawno, dawno temu…w okolicach marca, kocik towarzyszył Jelonkowi w poszukiwaniu zegarka, który spełniałby wszelkie wymogi i parametry „zegarka idealnego, stworzonego z myślą o Jelonku”. Wówczas też  (m.in.) podzielił się z Jelonkiem historią kocik vs zegarki, konkludując, że chyba te ostatnie nie są stworzone dla niego, bo jakoś szczęścia do nich nie ma – jak nie uczulają, to się gubią, lub odmawiają posłusznego mierzenia czasu 🙂

Rozpoczęcie nr 2

Przed wiekami, w okolicach końca kwietnia, na świat przyszło pokraczne coś (do tego kurduplowate – bo mierzyło raptem 49 cm – i pyzowate – bo ważyło 3 600), co po latach miało się stać kocikiem zielonym. Owo narodzone coś przeszło żółtaczkę fizjologiczną (od II do IV doby) i zanotowało spadek wagi do 3 300.  Kronikarze zanotowali, że w tamtym czasie – ku zaskoczeniu wszystkich i wbrew pogodowej praktyce – spadł śnieg i wszystko stanęło na głowie. Dopiero po latach zaczęto utożsamiać te aberracje z kocikowymi narodzinami.

Rozpoczęcie nr 3

Kocik dzięki perypetiom różnym trafia na grupę ludzi, którzy stają się drugą rodziną… Dla otoczenia poza-rodzinnego trudnym jest przyswojenie, że kocik ma już dwie córki (z tego jedną starszą o rok, a drugą młodszą o miesiąc), dwie wnuczki, byłego zięcia, z którego matką doskonale się dogaduje, wszak nie każda matka byłego zięcia chce wpisywać cokolwiek i komukolwiek eye-linerem do indeksu.

Rozpoczęcie 4

Kocik zakochuje się w Czechach i wszystkim tym, co z owym krajem jest związane. Jeździ, ogląda, próbuje się dogadywać z mieszkańcami, degustuje, zachwyca się… O zachwycie kocikowym i planach wakacyjnych dowiaduje się Mysh (onegdaj poznana i istniejąca w kocikowej świadomości), która nie widziała jeszcze praskich okolic. Ze wspólnego wyjazdu nic nie wyszło… Ale jakie to ma znaczenie, skoro wyszło coś dużo ważniejszego?

Rozpoczęcie 5

Kocik jest ofensywny w kontakciku. Jeśli ktoś go zafrapuje, to nie ma zmiłuj i ma solidnie przechlapane, bo kocik – wiedziony wewnętrznym przekonaniem – będzie starał się obłaskawić drugą stronę… Zeszłego lata, kocik nie przypuszczał, że może się wydarzyć to, co wydarzyło się jakoś tak i samo z siebie, dając kocikowi  tak wiele…radości, szczęścia i dobroci ogólnej 🙂 Nie wspominając o nowym „stanowisku”… Poza tym… gdyby nie Jelonek, to chyba nie byłoby kocika zielonego.

Rozpoczęcie 6

Malina często wspomina, jak to stała przed wydziałowymi drzwiami i zastanawiała się, czy wejść, czy jednak nie… Miała wówczas sobie powiedzieć – jeśli nie wejdę – wszystko będzie po staremu, jeśli wejdę – wszystko może się zmienić. Dobrze, że podjęła jedyną i słuszną decyzję 🙂 Nie wiem, czy wszystko, ale zmieniło się wiele w kocikowym życiu… na lepsze 🙂

Rozpoczęcie 7

„Jak dobrze mieć sąsiada, jak dobrze mieć sąsiada” – odesłać należy zainteresowanych do jednego z pierwszych wpisów. Nic się nie zmienia w tej materii, no może poza tym, że Sąsiedzi są tylko lepsi z dnia na dzień.

Rozpoczęcie 8

Kocik zna na pamięć (wspominanego ostatnio) „Cholonka”. W jednej ze scen padają słowa (parafrazując?): kto daje zegarek, jakby siebie dawał.

No i której rozpoczęcie kocik ma wybrać? Może należy uruchomić jakąś linię sms? Bo z wyborem samodzielnym kocik może sobie nie poradzić. Dość niech będzie, gdy kocik napisze, że został wczoraj absolutnie zaskoczony i zaniemówił trwale. Jedyna refleksja jaka mu się nasunęła, to taka, że musiał być dobrym kocikiem w poprzednich wcieleniach, skoro ma wokół siebie takich małych (wielkich!) agentów.

Dziękuję za to,że jesteście.

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu Kwiecień 23, 2009 w kocikowi się marzy

 

Odporność chętnie przygarnę:)

Jeżeli ktoś widział gdzieś kocikową odporność – to bardzo proszę o kontakt. Na uczciwego znalazcę czeka nagroda i kocikowa wdzięczność. No przecież tak nie może być, że kocik trzeci raz w tym roku jest chory! Nie wiem skąd się te bakterie biorą, ale ostatnio to przecież atakują jak oszalałe. Dopiero co kocik miał przeboje pt. niebezpieczna zatoka, a już znowu chodzi zakatarzony i z głosem a la Woody Allen (ba! o ile go w ogóle ma!).

Choć dzięki porannemu zaniemówieniu, kocik przekonał się na własnej siorstce, jak ludzie są przesiąknięci empatią 🙂 Otóż po porannym przebudzeniu się, kocik skonstatował, że za żadne skarby świata nie jest w stanie wydobyć z siebie ni słowa, bez towarzyszenia pisku, skrzypienia i chrypy okrutnej. Przeszedł więc na system szeptany. Kiedy w takiej wersji przywitał się z Myshą, do której przydreptał na poranną kawę, to ta z automatu także zaczęła do kocika szeptać. Jakby ten nie miał chorego gardła, tylko cierpiał na nadwrażliwość słuchową. Ale Mysh można zrozumieć – kocika zna, cierpień nie chciała mu dokładać. Jednak pani w piekarni, do której kocik wyszeptał: dwa rogaliki poproszę, która na to dictum odrzekła (szeptem): dwa czterdzieści, kocika wprawiła w zdumienie i zadziwienie. Dopiero po wyszeptaniu wyjaśnień, odezwała się normalnie, polecając kocikowi „wypicie szklanki spirytusu” – no tak, nie bez kozery Stanik Cholonek* wierzy tylko w spirytus 🙂

Kocik jednak postawił na bardziej tradycyjne (?) środki leczenia i zaaplikował sobie witaminki, zbijacze temperatury oraz syropik na kaszelek męczący przeraźlwie. W ramach bycia grzecznym, odpuścił też dzisiaj basen i zaraz po pracy grzecznie przyszedł do strączka! I tak stacjonarnie spędza wtorek, że sam nie pamięta, kiedy mu się zdarzyło takie popoludnie 🙂 Jak na prawdziwego chorego przystało – udaje się na wieczorny wywczas 🙂

*osoby niezorientowane odsyłam do spektaklu „Cholonek” lub książki „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”; możliwe też są konsultacje z Maliną, która w moc spirytusu także usilnie wierzy 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 21, 2009 w kocik marudzi

 

„Bziuuuum” czyli kocik w wiosennym pędzie-cz.druga

Podjęcie decyzji o tym, że trzeba coś z kocikiem rozleniwionym począć, trwało sekund pięć i w ramach wiosennego ożywiania się – zaaplikowano kocikowi basen! Wraz z Pawiankiem i Różową Hydrozagadką kocik pobieżył radośnie, by potaplać się nieco. I znów społeczeństwo kocika zaskoczyło! To nic, że środek tygodnia i godzina późna – drzwiami i oknami ludność przybyła się wypływać, lub chociaż pomoczyć odnóża w chlorowane wodzie. Dzięki temu na kilku torach tłoczyło się stanowczo zbyt dużo osób, tak że podczas trzech kwadransów kocik kilkakroć zarobił z czyjegoś łokcia i kopytka. Ale czego się nie robi dla pozimowego rozruszania kocika.

Zresztą kocikowi relaks się przydał, bo w piąteczek odbył się zapowiadany wernisaż (więc dzień był długi i intensywny bardzo). Długo kocik mógłby się rozpływać nad talentem autorki ( 😉 ), nad wyśmienitymi gośćmi, którzy raczyli przyjechać na otwarcie, nad klimatycznością miejscówki… Ot napisać trzeba, że kocika bardzo ucieszyło spotkanie z kilkoma wernisażowymi gośćmi, że (mimo drobnych irytacji) całość uznaje za udaną, a ilość wysłuchanych komplementów, powinna mu solidnie przewrócić w głowie 🙂 Miło było posiedzieć i pogaworzyć do późnych godzin wieczornych wśród skrzydlatych zdjęciówek.

Weekend kocik spędził głównie spacerowo i kulinarnie. Bo tak w sobotę, jak i w niedzielę, spora część dnia minęła mu na przechadzkach parkowych, prężeniu się ławeczkowym w słońcu, pichceniu mniej i bardziej wymyślnych potraw. Wszystko to było okraszone godzinami kocikowo-myshowych rozmów, do których dołączał też Jelonem za-pisany 🙂 Ten ostatni zresztą, przyczynił się do powstania w niedzielę faszerowanych papryczek (kocik nie potrafi odmawiać, a już jelonkowym prośbom to prawie w ogóle 😀 ), które cała trójca spałaszowała niedzielnie. Kocik kolejny raz przekonał się o tym, że mógłby być kocikiem domowym, co to gotuje i piecze, dogadza otoczeniu i dmucha w domowe ognisko… Oczywiście zaraz po tym, jak wróciłby z pracy – jak dodają złośliwcy oraz ci, którzy trochę kocika znają. Niemniej na jakiś czas kocik dałby się udomowić… Na oferty od chętnych czekam do końca miesiąca 😉 Zmywarki w miejscu udomowienia – mile widziane, choć i bez nich kocik sobie poradzi. Na życzenie mogę przedstawić referencje 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Kwiecień 21, 2009 w około-kocikowo

 

Zabezpieczony: Występy gościnne czas zacząć ;)

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

 
Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Opublikował/a w dniu Kwiecień 21, 2009 w występy gościnne