RSS

Archiwa miesięczne: Maj 2009

Zabezpieczony: Kto jest kim? Czyli zagadka niedzielna…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

 
Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Opublikował/a w dniu Maj 31, 2009 w kocikowi się roi

 

Krótko, bo nie ma czasu na „długo”

Kocik jest w majowym pędzie, choć jedną nogą jest już w czerwcu, szczegółowo rozpracowując przyszły tydzień. Sporządził tabele z rozkładem zajęć, wykresy i osie czasu… i nie chce być inaczej, tylko zabraknie mu jakieś 34 i pół godziny. Pewnie kosztem snu trzeba będzie sobie poradzić z tym faktem i w jakiś (magiczny) sposób objąć materię czasoprzestrzenną pierwszych dni czerwca.

Kocik pracuje etatowo, pozaetatowo (w dwóch obszarach), śmiga na zajęcia weekendowe, stara się wyszarpać chwilę na przyjemności drobne i codzienne, nie próbuje nawet się wyspać (to może po piątym czerwca).
Od kilku dni jest konsekwentnie przekonywany o swojej niesamowitości i obawia się, że jeszcze chwila i w to uwierzy.

Dzieje się dużo i intensywnie, a gdzieś obok czają się „myślinki” przeróżne, głównie z kategorii „względność świata tego”. Się Kocik odkopie, to postara się podzielić… o ile wykrzesze z siebie coś logicznego*

*ponoć z logiką u Kocika nie najgorzej…jakkolwiek zaskakująco by to nie brzmiało 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 28, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Nic dodać,nic ująć…czyli zapraszam-y :)

Poniżej – jak wyżej 🙂
zaproszenie_www

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 25, 2009 w około-kocikowo

 

Akcja „Bonsai”

Jest taki dzień w roku, gdy obchodzi się swoje urodziny*. Kocik w tym roku wyjątkowo intensywnie celebrował swoje urodziny. Zaczął tydzień wcześniej, skończył prawie dwa tygodnie później. Nie żeby go to nie cieszyło – wręcz przeciwnie! W miły towarzystwie miło jest świętować i nawet kolejny „krzyżyk” tak nie boli 🙂 Niemniej w ramach przyzwoitości, kiedyś trzeba zakończyć to świętowanie i umożliwić je innym solenizantom. A w kolejce czekała Mysh, która jest Myshą majową (nie mylić z chrabąszczem).
W ramach konsultacji przedurodzinowych Jelonek,Hydro, Sąsiad i kocik ustalili, że nabędą dla niej bonsai, bo onegdaj wyrażała zainteresowanie tymże oraz zachwyt wielki nad urodą tych „krzaczków”. Dlatego też we wtorek silna grupa pod wezwaniem (Jelonek, Hydro i kocik) pojechały na poszukiwanie odpowiedniej roślinki. Wcześniej kocik musiał strasznie Myshy naściemniać, czego to popołudniu robić nie będzie i owiany aurą tajemnicy spotkał się z resztą spiskowców 🙂
Popołudniową porą zawitałyśmy do pierwszego ze sklepów…a potem do drugiego (po przejechaniu rozkopanego miasta), trzeciego, czwartego, piątego, by wreszcie wrócić do sklepu numer dwa. Za każdym razem kierowałyśmy swoje kroki do działu „Ogród”, Hydro – jako specjalista – oglądała dostępne okazy i stwierdzała – przesuszone, ususzone, karłowate, bez sensu. Po kilku godzinach poszukiwań i oględzin egzemplarzy dostępnych na terenie (nieomal) całej aglomeracji, wybrany został ten najodpowiedniejszy. Najodpowiedniejszy okazał się też całkiem okazałym, co zmusiło nas do nielada gimnastyki przy ładowaniu go do świstaka. Jak się bowiem okazało – świstaki nie są przyzwyczajone do wożenia drzewek w tym rozmiarze. Ale dzięki poświęceniu Hydro (która wcześniej usunęła część wody – dzięki „wzięciu bonsai na brzuszek” 🙂 ) oraz zmyślności Jelonka – szczęśliwie się ulokowałyśmy. Hydro opiekowała się bonsai na tylnej kanapie, kocik jechał z nosem na przedniej szybie, a Jelonek intuicyjnie chyba domyślał się co może się dziać po prawej stronie 🙂 Z uwagi na ciężar prezenciku i widmo wnoszenia go do kocikowego strączka, podjęto szybką decyzję o zawiezieniu prezentu do solenizantki dzień wcześniej. I tak Sąsiad został ściągnięty pod Myshową norę i kompletnie wkroczyliśmy z drzewkiem 🙂
Mysh chyba się ucieszyła…tak można wnioskować po ilości pisków i podskoków. Dowodem na to może też być wleczenie bonsai (już po naszym wyjściu) do pokoju – by móc na niego patrzeć 🙂
Podróże w ramach akcji miały też wymiar edukacyjny – bo Hydro została przepytana na okoliczność roślinnych zagadnień (dlaczego kasztany są w łupinkach, a po co im te kolce, a co to znaczy, że roślinki się ruszają, etc.). Przy okazji ustalono co to jest pozycja „na pączka”** i jak rozmnażają się bonsai („przez pączkowanie”). Kocik zaliczył dwie spore głupawki, popłakanie się ze śmiechu i wytworzenie czterech baniek z nosa 🙂
Bonsai
Obchody główne odbyły się w środę, kiedy to kolektywnie wybraliśmy się do kina, a potem oddaliśmy konsumpcji i pogaduszkom w myshowych okolicach.
Przypisu wymaga wizyta w kinie…otóż zbiorowo wybraliśmy się do kina, korzystając z pomarańczowej promocji pt. dwa bilety w cenie jednego. Po przybyciu na miejsce okazało się, że chyba wiele osób ma urodziny, albo wiele osób postanowiło skorzystać z promocji, bo kolejki do kas osiągnęły rozmiary monstrualne. Po trzydziestu minutach od kasy i biletów dzieliło nas jeszcze dość sporo osób, ale kocik się nie denerwował, wiedząc, że przy takiej frekwencji kino pewnie zafunduje wszystkim podwójną dawkę reklam 🙂 Powodem kolejek był absurdalny system korzystania z promocji – otóż nie tylko wcześniej trzeba wysłać smsa, lecz już w samym kinie trzeba przedyktować 14cyfrowy kod i podać ostatnie sześć cyfr swojego numeru telefonu. W przypadku kupowania ośmiu biletów (jak czyniliśmy to my), zakup biletów trwał dobry kwadrans (po spisaniu kodów i numerów na kartce, pani wklepuje je osobno do komputera i kasuje – osobno! – należność za dwa bilety). Do tego nadmiar klientów powodował padanie systemu komputerowego, co dodatkowo uatrakcyjniało proces biletowy. Ale…w tym wszystkim najdoskonalsza była akcja demaskująca kocika 🙂 Bo po dotarciu przed oblicze pani kasjerki, kocik zaczął tyrradę o tym, jak to się cieszy, że dotarliśmy do niej bez strat w ludziach i kocikach. Na co pani rzekła: Kocik to musi być po filologii, albo czymś pokrewnym. Kocika lekko przytkało***, towarzystwo zakwiczało, a pani jak gdyby nigdy nic wróciła do spisywania 14cyfrowych kodów 🙂

*Choć są tacy, co urodziny mają dwa razy w roku, bo rodzicie nie wiedzą, czy właściwa jest data podana w urzędzie, czy może jednak było to dzień później? 😉
**Jak w starym dowcipie, w którym facet spotyka dziewczynkę w parku i mówi: – dziewczynko, chcesz na pączka? a dziewczynka odpowiada: – a jak to jest na pączka? 🙂
*** A że kocika rzadko przytyka, to raczej wiadomo 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 24, 2009 w około-kocikowo

 

Przypis do wielkiego świata (kuchennego blat…a?) :)

www.przekroj.pl
Tak jak kocik nie przepada za „Przekrojem” (pozdrawiamy byłego naczelnego, pana Najsztuba), tak dziś wyjątkowo i z całego serca poleca 🙂 Szczególnie proszę zaglądać na strony 34 i 35 (w wersji drukowanej), lub na stronę nie numerowaną (i trochę mniej efektowną, ale trudno 😉 ).
Czytać w całości kocik nie każe (bo rozmowa długa), ale uwadze poleca fotografię 🙂

Choć „Przekrój” zafundował nam wczoraj serdeczny ubaw i nowe hasło kolektywne… Dialog korytarzowo-pracowy:
Kocik: Wiesz Sąsiedzie, czytałam ostatnio artykuł w „Przekroju” o stu mitach, w które wierzą miliony ludzi
Sąsiad (po chwili): A co to są „stumity”?
Kocik i Sąsiad (zorientowany): wykładka

Aktualnie tworzymy legendę cywilizacji Stumitów…jeśli coś sensownego się urodzi – się tu pojawi. Jeśli coś bezsensownego…pewnie też 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 21, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Kibole nam nie straszni:)

We wtorek, kiedy Hydrozagadka, Jelonek i kocik przemierzały aglomerację ze wschodu na zachód i z północy na południe (czy jakoś podobnie), w ramach „Akcji Bonsai”*, napotykały na szereg utrudnień, które nie wynikały li tylko z kolejnej przebudowy autostrady (tak,tak-w naszej okolicy istnieje kawałek drogi tak nazywany!). Otóż we wtorek odbywał się finał Pucharu Polski na jedynym istniejącym (póki co?) stadionie, który Euro-fanów w 2012 roku nie ugości 🙂 Może to i lepiej,bo porównując te imprezy (Puchar i Euro) oraz myśląc o skali zniszczeń po wtorkowych rozgrywkach… Euro mogłoby się skończyć tylko zmiecieniem z powierzchni ziemi kilku okolicznych osiedli. Zanim jednak szanowni przyjezdni (z wielkopolski) zasiedli na trybunach, w mediach ostrzegano, że nasze miasteczko będzie sparaliżowane, że pozamykają nam drogi i będziemy siedzieć jak te sierotki marysie, ciesząc się, że na okoliczność nie wyłączono nam prądu 🙂
Nasze podróżujące trio napotkało na blokadę w okolicy Sklepu z Bonsai(ami) nr 5. Tam radośnie poobserwowane zostały kordony policji, setki samochodów z rejestracjami, zdradzającymi, że w środku siedzą kibice Lecha Poznań. Oczywiście Hydro, Jelonek i kocik – jako ignoranci w tej materii, nie wiedziały do końca kto z kim gra i dokładnie o co gra. Wiedziały tylko,że profilaktycznie warto omijać stadionowe okolice i w imię zdrowia i zachowania spokoju – lepiej wybrać drogę okrężną.

Dziś, przeglądając doniesienia prasowe, kocik znalazł artykuł o tym, jak to po meczu zdemolowano stadion, chlubę naszego regionu, który nie takie gwiazdy jak Lech Poznań (i Ruch Chorzów, bo to ta drużyna walczyła o puchar we wtorek) widział. Ponoć zabawa była tak przednia, że zdemontowano krzesełka, murki, a nawet asfalt. Kocik pokręcił łebkiem z niedowierzaniem, czytając artykulik i pomyślał sobie, że są przecież rozgrywki piłkarskie, które mają dużo milszy przebieg i nie kończą się taką demolką.

A rozgrywki te zostały zainaugurowane w ostatni piątek w Trąbce. Ciepłe i majowe klimaty spowodowały bowiem wyłonienie się trąbkowych przestrzeni na zewnątrz – to znaczy stoliki zostały zainstalowane w kamienicznej „studni”, a trąbkowicze skrzętnie wykorzystali ten fakt i rozpoczęło się oblężenie out-side’owej wersji Trąbki. Prócz stolików i trąbkowiczów, na dwór trafił stół do… piłkarzyków, a że ostatnio przytrafiła mu się awaria (i można było grać za darmo), to do stołu ustawiały się dzikie tłumy, które na szczęście w oczekiwaniu na swoją kolej nie wyrywały kostki brukowej 🙂
Jednymi z oczekujących był Jelonek i Sąsiad, którzy postanowili zafundować sobie mały play-off. Z małego play-offu zrobił się spory turniej…tak spory, że okupowaliśmy Trąbkę do późnych godzin nocnych i działania piłkarzykowe przerwała informacja, że wypada już wejść do wewnątrz, bo zaczynają napływać pogróżki od służb porządkowych (komisariat tuż za rogiem). Walka była zacięta i pełna poświęceń, o każdą piłkę walczono do końca… Co skończyło bólem rączek grających, a w przypadku Jelonka sporymi odciskami na łapkach.
Oglądanie rozgrywek wpływało bardzo inspirująco – kocik i Łasic mieli już plan zostania cheerleaderkami. Nawet brak pomponików był do przejścia, ostatecznie jednak pomysł upadł, bo kocik stwierdził,że ma posiniaczone nogi, a Łasic owłosione…a nie chodziło przecież o zabicie kogoś śmiechem 🙂

Pogrywanie tak wciągnęło tandem Jelonek-Sąsiad, że w sobotnie południe podjęto decyzję o dogrywce. Jelonek profilaktycznie wziął rękawiczki, a Sąsiad ćwiczył specjalne układy choreograficzne (nóżka w lewo – gol z drugiej linii, nóżka w prawo – bronimy swojej bramki). Łasic, który zlokalizował się w Trąbce chwilę po nas, zapytał tylko, czy to przypadkiem nie jest maraton, a my nie stoimy nad tym stołem od dnia wczorajszego.

I w tym miejscu przesłanie, o które od początku chodzi(ło) – kiedy szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na Jelonkową stronę, Sąsiad orzekł: oj, bo to chodzi o to, żeby się dobrze bawić.
O tym chyba nie pamiętali uczestnicy wtorkowego meczu… a nie…poprawka – demolkę urządzili kibice Lecha, którzy tak szczególnie się ucieszyli z wygranej swojego klubu 🙂
A jak można się kulturalnie bawić w klimatach piłkarskich można zobaczyć tutaj 🙂

*o „Akcji Bonsai” przeczytacie do jutrzejszej (porannej) kawy 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 21, 2009 w kocik oddaje się zadumie

 

„Wielki świat…

kuchenny blat!”. Tak całe lata temu komentował Jagielski i Korwin-Piotrowska, na falach (starej, dobrej) Zetki, doniesienia ze świata (głównie) stołecznej society 🙂 No ale kocik nie ma co narzekać, bo oddając się refleksji po czwartkowych wojażach w warszawskie okolice, znajduje tylko miłe i dobre wspomnienia tego wyjazdu.
Ale żeby zachować chronologię i logikę wydarzeń, kocik musi wrócić do pierwszych dni kwietnia… więc kocik wskakuje w wehikuł czasu (hop!) i wraca do dnia pofra, jaki wydarzył się 2 kwietnia 🙂
Otóż w ten radosny czwartek (wyjątkowo, bo Malinie się pomyliły daty i miast w środę przybyła w czwartek 🙂 ) spotkaliśmy się kolektywnie w Sąsiedzkim mieszkaniu na pofrowym meetingu. W ramach atrakcji Jelonek przyniósł laptopa i orzekł, że prócz przyjemności trzeba trochę podziałać i tak towarzystwo w składzie: Hydrozagatka, Sąsiad, Malinu, Pawian, Łasic i kocik, dostało do wglądu zestaw zdjęć z poleceniem dokonania wyboru tych, które w subiektywnym odczuciu powinny zostać wysłane na konkurs Grand Press Photo.
W czasie, w którym Sąsiad przygotowywał najdoskonalsze pofry na świecie, laptop krążył między kolejnymi wybierającymi, powstawały kolejne foldery, wybierano, przebierano, podglądano, co wybrali inni 🙂
Następnego dnia kocik i Jelonek (po konsultacji z Myshą), przygotowały zestawy konkursowe, wszelkie formularze i wysłały co trzeba (i gdzie trzeba), w postaci określonej regulaminem.
Teraz kocik wskakuje w wehikuł i przenosi się do 27 kwietnia. Wtedy to, siedząc sobie w pracy spokojnie i przykładnie, został poinstruowany przez Jelonka, że musi wziąć urlop 14 maja. Kocik zaskoczony nieco zaczął drążyć po co urlop, jak to urlop… Na swoje dociekliwe pytania otrzymał odpowiedź, że urlop jest konieczny, bo tego dnia będzie towarzyszył Jelonkowi w wyprawie do Warszawy. Taki komunikat nie był zbyt czytelny dla kocika, dlatego po dalszym wyciąganiu informacji dowiedział się, że jedno ze zdjęć wysłanych zakwalifikowało się do finału 🙂 Oczywiście przyszło mu tłuc do Jelonkowej głowy, że to nie przypadek, że to nie pomyłka, że to nie są żarty. Obliczył nawet ile procent zdjęć trafiło do finału! Okazało się bowiem, że spośród 4500 zdjęć wybrano niespełna 150 (w tym w kategorii zdjęć pojedynczych zaledwie 47!)*.
Kocik wskakuje ponownie w wehikuł i już jesteśmy przy 14 maja 🙂
Wczesnym bladym świtem kocik został obudzony przez Mysh, która miała się stawić o 7 w strączku, by wspierać działania kanapkowe, do których kocik się zobowiązał. Z lekkim poślizgiem kocik zaczął biegać po strączku i między gotowaniem jajek na twardo, mył swe oblicze, robił kawę, prostował nieposłuszną siorstkę, gotowił wypaśne kanapki a la kocik 🙂 Przed ósmą wraz z Myshą i torbą wypełnioną jedzeniem wydostał się z domu i przemieścił się w kierunku paśnikowym. Po kilkunastu minutach siedział już w świstaku i pomykał radośnie ku stolicy, w której o 15 miała się rozpocząć uroczysta gala.
Oczywiście by sobie umilić czas przed-galowy i rozprostować kości po kilku godzinach jazdy – zajechano pod Łazienki**, by pokontemplować uroki przyrody, poobserwować tłumy wycieczkowiczów, pogrzebać nóżkami w żwirku alejkowym, połapać witaminę D i promienie słoneczne. W tym wszystkim i na widok niektórych miejsc Łazienkowych, kocikowi wkręcił się konkurs pt. a w jakim filmie wykorzystano to miejsce? Jelonek oczywiście zarzekał się, że nie zna się, nie orientuje… a potem bezlitośnie rozprawiał się z kocikowymi pytaniami 🙂
Przed 15 świstak zaparkował pod PKiNem i silna grupa pod wezwaniem stanęła u wejścia do Kinoteki. Naturalnie kocik nieustannie wdawał się w polemiki, udowadniając, że są na właściwym miejscu i wcale nie przez przypadek 🙂 Gala jak gala, ludzi sporo, miło i zabawnie, w powietrzu unoszące się emocje i atmosfera oczekiwania na wyniki obrad Jury… I choć Jelonek usiłował wmówić nam, że on to tam tak turystycznie sobie przyjechał, to kocik czuł ucisk w dołku, a Mysh po wszystkim przyznała się do zaciskania kciuków. Ucisk i podekscytowanie kocikowe sięgnęło zenitu, gdy prowadzący Marcin Meller przeczytał nominacje w kategorii nas interesującej najbardziej tego popołudnia. Lecz kiedy zakomunikował, że druga nagroda przypadła Jelonkowi…kocik oszalał, zakwiczał, fiknął wewnętrznego koziołka i się rozbeczał na okoliczność 🙂 No cóż począć, że kocik (wbrew pozorom) bardzo wrażliwą jest istotą? Jelonek pobiegł na scenę, odebrał nagrody, dyplomy, uścisnął dłoń Spencera Platta i wrócił z naręczem konwalii, którymi uraczony został kocik we własnej osobie*** 🙂 Do końca części oficjalnej kocika nosiło i rozpierało wewnętrznie (ach ta duma!), więc od czasu do czasu wzdychał, pojękiwał z radości i wyszczerzał się w uśmiechu 🙂 Na koniec Jelonek zapozował do zdjęcia pamiątkowego (zasiadając obok pozostałych najlepszych fotoreporterów) i już można było zacząć część mniej oficjalną. Bankiety nas nie interesowały, za to wnikliwie obejrzana została wystawa i omówione zdjęcia wybrane. Jelonek błyszał, przyjmował oferty współpracy, odbierał gratulacyjne telefony i smsy (wszak Mysh i kocik w świat puściły wieści wspaniałe!).
Dla uczczenia sukcesów i napełnienia brzuszków odwiedzona została wieczorową porą Pierrogeria, gdzie nad pierogowymi cudami odbywały się poważne dysputy nad sztuką i jej zakorzenieniem w szeroko pojętym kontekście (zapis rozmowy znajduje się w głowie kocikowej, może kiedyś uda się ją odtworzyć). Najedzone trio zasiadło do świstaka i rozpoczęło długą podróż powrotną… Siłą woli i red bulli Jelonek dowiózł nas cało w domowe okolice, byśmy mogli rozsiewać na prawo i lewo swą radość przeogromną 🙂
* dialog w wersji oryginalnej (na specjalne życzenie):
Kocik: pojedynczych jest nominowanych niecałe 50!! czyli po 10 w każdej kategorii…a fotoreportaże dają całą resztę (bo wybrali 15 do finału)
Kocik (po chwili): jak co tam robisz??
Jelonek: próbuje to przeliczyć na procenty…
Kocik: no 4500 to 100 procent, 150 zdjęć to x…więc 150 x 100 to 150 000? i trzeba to podzielić przez 4500 🙂 a nie to 15 000 🙂 wybrali chyba 3,3% zdjęć 😀

** podczas jednej ze studenckich wizyt w Warszawie, „ta co wygląda jak trup na dnie jeziora” orzekła rano: no dobra, Łazienki mamy z głowy – Adoptowaniec już je widział (mając na myśli wizytę tego ostatniego w łazience akademika, w którym mieszkałyśmy) 🙂
*** na dzień przed galą zadzwoniono do Jelonka pytając, czy pojawi się na wręczeniu nagród. Wraz z kocikiem Jelonek zastanawiał się po co dzwonić do niego mogli… Kocik strzelił, że może chcą wręczyć wszystkim kwiaty i muszą wiedzieć ile ich mieć przygotowanych? Jelonek stwierdził kategorycznie, że on żadnych kwiatów nie chce i przystał na propozycję kocika, że ten z radością takowe otrzyma 🙂 Słowo się rzekło, kobyłka u płota… a konwalie wspaniałe :*
****a więcej (i bardziej profesjonalnie, bez kocikowych wynurzeń) o konkursie przeczytać można tutaj

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Maj 17, 2009 w około-kocikowo