RSS

Archiwa miesięczne: Czerwiec 2009

Kolejny magister w rodzinie:)

arbor-scientiae
Dawno,dawno temu na ziemi strugaczkowej urodziło się wybitnie zdolne dziecię, które Maliną nazwane zostało. Rozwijało się dziecię zdrowo i w kierunku najlepszym, a po kilku latach zdecydowało się na edukacyjną emigrację w śląskie okolice. Przez pierwsze dwa lata żyło sobie tutaj spokojnie i w ukryciu, obserwując dziwne (?) zwyczaje tubylców. Jednak po oswojeniu zdecydowało się na ujawnienie (pamiętny monolog wewnętrzny Maliny przed drzwiami do „6” 😉 ) i tym sposobem wpadło w łapy i macki naszej „rodzinki”, która z mety dziecię pokochało miłością bezgraniczną i zaanektowała z radością największą 🙂 Od tego momentu Malina (nie piszmy o niej już tak bezosobowo) może i lekkiego życia nie miała (te nieustanne dysputy czy klamerki są tym samym,czym są spinacze i dlaczego trepki nie kojarzą nam się z kapciami), ale chyba bawiła się nieźle, skoro po tygodniu nie uciekła gdzie pieprz rośnie 🙂
Po roku od aneksji, Kocik ulokował się w malinowym towarzystwie w strączku i przyjaźń między ziemią strugaczkową a Śląskiem zaczęła się zacieśniać… Malinu uczyło się przy tym pilnie (kiedy tylko czas na to znajdowało) i rozwijała swe kulturoznawcze talenty. W międzyczasie wiele się zmieniało, zamieszkiwali sąsiedzi, przewijały się te i inne osoby, jeździło się tu i tam, rozwijało rodzinne tradycje… I wczoraj nadszedł ten dzień, w którym Malina podsumowała pięć lat swoich studenckich doświadczeń 🙂 Wszem i wobec należy więc napisać, że „rodzina” ma kolejnego magistra i to celującego! Kocik oczywiście nie sądził, że może być inaczej (jak napisano – zdolne to dziecię jest wielce i pracowite do tego), niemniej radość i duma prawdziwa go rozpiera 🙂
By uczcić malinowe sukcesy, spotkaliśmy się nawet w trąbkowych okolicach, by wznieść okolicznościowy toast i zjeść okolicznościowy karczek z grilla 🙂 A okazja była nawet… podwójna 😉

Malinko, Kocik bez kozery napisać może, że okrutnie się cieszy, że kiedyś zdecydowałaś się na zawitanie w „szóstkowe” progi i że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło… Bez Ciebie nic nie byłoby takie samo. Dziękuję Ci za ponad dwa lata wspólnego za-strączkowienia, był to naprawdę cudowny czas, który z rozrzewnieniem wspominać Kocik będzie do końca swoich dni 🙂 Wszystko płynie, jak powiedział słynny filozof Panta Rhei (w niektórych kręgach znany jako Ἡράκλειτος ὁ Ἐφέσιος) i jedyna stała, to stała zmiany… Kocik ufa jednak, że zawsze będziesz (naszą) wspaniałą i wyjątkową Malinką.

A teraz moi drodzy czytacze-konkurs… onegdaj w towarzystwie Hydrozagadko-Malino-Pawianowym wymyślałyśmy, jakie teksty mogłyby się pojawiać na koszulkach kobiet, które nie chcą być do-tykane (lub wprost pisząc: macane), bo swoich brzuchach, gdy stają się „naczyniami pełnymi kobiecości” (że tak określeniem pawianim się posłużę). Pomysły były różne – „Zły dotyk boli całe życie”, „Ręce precz” etc. Mamy plan na mały biznesik w tej materii, więc czekamy na kreatywną postawę i ciekawe propozycje 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Czerwiec 27, 2009 w około-kocikowo

 

Rach-ciach!

Zmiany, zmiany, zmiany… Są rzeczy, które zmieniają się jak w kalejdoskopie i w tempie iście szaleńczym, są też takie, które pozostają (upierdliwie) niezmienne – patrz ulewne deszcze, nawiedzające nasze okolice, brak sprawiedliwości na świecie i globalne ocieplenie. W ramach czynienia zmian – Kocik pozbył się siorstki. I bynajmniej nie chodzi tu o laserową depilację 😉 Ot w sobotę, kiedy Kocik&Co. szykowali się do wybycia na po-ślubne imprezowanie Helowe, Kocik stwierdził, że chyba znudziło mu się hodowanie (nikomu niepotrzebnych) pukli i czas coś z tym począć (wszak jak kilku osobom powiedział – druga komunia święta go nie czeka, pod welon włosów też zapuszczać nie musi, to co tak będzie sobie żałował). Obwieścił więc wszem i wobec, że wszyscy chętni mają się napatrzeć w sobotę, bo po weekendzie pozbędzie się długiej siorstki. Uwierzyli, czy nie – w poniedziałek Kocik zadzwonił do LaBelli i zabukował sobie wtorkowe popołudnie na rewolucyjną wizytę. LaBella na wstępie (żartując) spytała, czy ścinamy na krótko i chyba cokolwiek się zdziwiła, kiedy Kocik odrzekł: TAK! Z tego wszystkiego musiała sprawę przemyśleć i wypalić papierosa, by natchnienie i oświecenie fryzjerskie na nią spłynęło. Inhalacje musiały być udane, bo po powrocie stwierdziła, że już wszystko wie i że będzie świetnie, ale opowie mi później. Nim zdążyła opowiedzieć pojawił się Jelonek, by nadzór sprawować nad przebiegiem akcji – znając umiejętności i możliwości LaBelli oraz brak asertywności kocikowy. Po posadzeniu Kocika przed lustrem, LaBella ponownie spytała, czy aby na pewno i czy Kocik się zdecydował, a po uzyskaniu potwierdzenia, zaprosiła praktykantkę, by zobaczyła najszybsze cieniowanie świata – mówiąc te słowa ciachnęła kocikowy ogon i odesłała do umycia pozostałości 🙂 Oczywiście wszystko to po to, by na szamponie zaoszczędzić, bo co tak myć się będzie włosy, które i tak zaraz trafią do śmieci 😉 Potem było już tylko weselej, bo LaBella kwiliła z radości nad kocikową głową, jak to ona lubi takie zmiany i jakie to cudowne. Kwiki szczęścia przerywała tylko na westchnienia pt. ciekawe co z tego wyjdzie 😉 A wyszło tak, że Kocik chodzi z uśmianym pyszczkiem, ludzkość oczom nie wierzy i dopytuje gdzie się zgubiła kocikowa siorstka 😉 Szczęście, szczęście…pełnia post-fryzjerskiego szczęścia 🙂 Tylko w materii ilości pracy nie chce się tak nic szczęśliwie skończyć i ciągle Kocik goni za jakimś terminem… Ale jeszcze chwileczka, jeszcze momencik i będzie urlop 🙂 Który zapowiada się równie intensywnie (albo i bardziej). Ciekawe jak będzie się prezentował ten bakłażanowy kolor w kocikowej sypialni? 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 24, 2009 w około-kocikowo

 

Niech żyje „darmowa” (daremna) służba zdrowia :)

Kocik to zawsze bardzo cierpi, kiedy ogląda zestawienie kosztów, jakimi obciąża go nasz raj na ziemi pt. III RP. Kocik wie, że jest istotą absorbująca, że zużywa dużo powietrza, że chodniki bezczelnie wydeptuje, że z jego powodu koniecznym jest zatrudnianie sztabów ludzi, by ci od rana do wieczora intensywnie myśleli, jak tu Kocika uszczęśliwić. A na to wszystko trzeba przecież funduszy, środków, pieniędzy krótko mówiąc. Najbardziej jednak Kocika wścieka, kiedy widzi ileż to gotówki miałby więcej na koncie, gdyby nie łupił go Zakład Ucisku Społecznego. Sceptyczne nastawienie Kocika umotywowane jest kilkoma kwestiami – po pierwsze Kocik i tak nie dożyje emerytury, po drugie nawet jeśli dożyje, to będzie mógł sobie strzelić w stopę, bo za polską emeryturę to można jedynie naboje zakupić i skrócić swe cierpienia, po trzecie to, co się oferuje nam (jako uciśnionym przez zakład obywatelom), w zakresie służby zdrowia – woła nie tylko o pomstę do nieba, to woła (i to od dawna) o zrównanie tych wszystkich pseudoprzybytków lecznictwa i poradnictwa z ziemią. Dla pewności można jeszcze je zalać betonem.
sluzba-zdrowia/Tomasz Pastuszka
Nie dalej jak wczoraj Kocik przeglądał wirtualną prasę i co widzi? Artykuł o tym, jak to się w szpitalach dobrze karmi i jak świetnie wizyta w szpitalu wpływa na pozbycie się nadmiaru sadełka. No oczywiście, skoro miesiąc w miesiąc płacimy tylko setki złotych (średnio i statystycznie), to przecież nie można się spodziewać, że idąc do szpitala dostanie się coś więcej niż chleb z margaryną (kromki dwie) i jajko (przy dobrych układach). Z mety się Kocikowi przypomniało, jak to jego osobisty praszczur (dziadek znaczy), wylądował w szpitalu z powodu (prozaicznego) woreczka żółciowego. Owszem służba zdrowia zadziałała bardzo sprawnie i skutecznie (woreczka żółciowego go pozbawiając), ale w gratisie dorzucając żółtaczkę. No przecież w szpitalach to się zdarza – problem praszczurzy, że nie przewidział takiej sytuacji i profilaktycznie się nie zaszczepił. Niemniej – służba zdrowia przyjęła go na swój wikt na kolejnych sześć tygodni. Co oznaczało kolejnych sześć tygodni udawania, że szpital coś takiego jak wikt zapewnia i jeżdżenia z zapasami jedzenia, by przypadkiem praszczur nie stał się zasuszonym praszczurkiem. Faktem jest, że kiedyś wymsknęło mu się, że to jedzenie nie było takie najgorsze, skutkiem czego swoją drugą połowę obraził i zafundował sobie dwa tygodnie stołowania się „na mieście”.
Wczoraj także Kocik zerknął w artykuł o naginającej się czasoprzestrzeni. Otóż niektórzy lekarze opanowali do perfekcji umiejętność zaginania czasoprzestrzeni, a w najgorszym wypadku – klonowania się na zawołanie. Nie dalej bowiem jak wczoraj, ogłoszono wyniki kontroli NFZ w przychodniach i szpitalach (w jednym z województw tylko!). I cóż radosnego się okazało? Że minimum to 2,5 etatu. Można pomyśleć – oj jacy oni pracowicie ci lekarze, jak dzielnie niosą pomoc swoją i wsparcie potrzebującym. Kiedy jednak wśród wyliczeń Kocik zobaczył, że kilkadziesiąt osób pracuje nawet na 8 etatach, to już go krew zalała. Lecz gdy zorientował się, że rekordzista potrafi ogarnąć 25 etatów – pozostało mu się tylko śmiać. Fikcja to mało powiedziane.
I jak się potem dziwić sytuacji z życia wziętej, w której Jelonek pragnął się wybrać do ortodonty – prywatnie oczywiście i za dodatkową opłatą (bo państwowo, mógłby iść skonsultować swoje trzecie zęby). Już sama pora rozpoczęcia pracy pani doktor wzbudziła kocikowe zainteresowanie, ponieważ gabinet otwarty jest od 20. Zgodnie z sugestią ortodontki Jelonek i Kocik dotarły tuż po 23. Zobaczywszy, że poczekalnia przeludniona, wybrały się na krótki spacer wieczorny, by podreptać w kierunku zamku, pyszniącego się nieopodal. Wróciwszy po pół godzinie stwierdziły, że może i poczekalnia nadal jest pełna, ale chociaż miejsce na schodach (przed gabinetem) się zwolniło. Kiedy minęły kolejne trzy kwadranse, Jelonek nie miał już zdjęć do kasowania, a Kocik łapał się na tym, że schody są jednak piekielnie zimne, stwierdziły, że owszem straciły już dwie godziny, ale mogą zaoszczędzić kolejne dwie…i zebrały się w kierunku domowym. Wcześniej jednak zaliczając kontrolę policji (powtórzoną po 25 minutach na Jelonku wyjeżdżającym spod strączkowej kamienicy). To wszystko wydało się Kocikowi tak absurdalne (choć to jedno z łagodniejszych określeń, jakie mu się skojarzyły), że w tym miejscu może przywołać li tylko wspomnienie swoich przygód ortopedycznych, kiedy to z nieznanych przyczyn, w sierpniu zeszłego roku jego jedna nóżka stała się „nieco bardziej”.
Kocik nie umierał, ale posiadanie kloca zamiast kostki średnio jest wygodne, a i utykanie do najdoskonalszych rozrywek nie należy. Początkowo naiwnie chciał się dostać do ortopedy w przychodni, ale kiedy zaproszono go w listopadzie, to stwierdził, że do tego czasu będzie mógł przyjść na przymiarkę protezy. Pech chciał, że był to czas przedweekendowy i nawet prywatnego ortopedy namierzyć się nie dało. Więc sprytny Kocik postanowił iść na pogotowie – wojewódzkie dodam, a nie w pcimiu czy innym przedpieklu. Na pogotowiu pielęgniarka radośnie oświadczyła, że oni to od roku mają tylko internistę, więc z bolącym brzuchem proszę, ale z nogą nie ma do kogo. Kocik został skierowany do szpitala, gdzie na własną rękę oczywiście musiał dotrzeć. Dotarł więc, wkuśtykał radośnie i z uśmiechem, który dość szybko mu zniknął z twarzy, gdy odbił się od naburmuszonych pań w rejestracji. Na dzień dobry posądziły Kocika o wyłudzenie (bo ten legitymował się dokumentem z adresem z innego miasta) i stwierdziły, że to wygląda tak, jakby Kocik coś sobie zrobił i specjalnie do nich przyjechał (odpowiedź Kocika – tak, bardzo lubię jeździć ze spuchniętą nogą przez pół śląska). Następnie pani orzekła,że to nic poważnego, bo przecież Kocik wszedł o własnych siłach (odpowiedź Kocika – no na szczęście, bo wnieść mnie tutaj byłoby trudno, a dźwig nie zmieści się w drzwiach). Ostatecznie Kocika zobaczył (na korytarzu!) lekarz, stwierdzając – na to się nie umiera! (odpowiedź Kocika – dobrze,że mnie pan uspokoił) Po czym okazało się, że i tak mnie nie zbada, bo rentgen nie działa, więc mogę sobie jechać do drugiego szpitala (na drugi koniec miasta), a potem wrócić ze zdjęciami. Kocik zignorował tę propozycję i dowiedział się,że jeśli zadzwoni za osiem godzin, to może rentgen będzie już działał. Jeśli jednak nie będzie, to i tak przyjedzie, dostanie skierowanie, pojedzie do drugiego szpitala i wróci. Po godzinach dziewięciu rentgen działał, Kocik przykicał, by zderzyć się z panią radiolog, która zaczęła od pretensji pt. tutaj to już wszystkich przyjmują, to jest całodobowa przychodnia, z katarem wkrótce będą przychodzić (odpowiedź Kocika – podziwiam takich ludzi, bo to znaczy, że mają dużo czasu). Następnie pani wykpiła Kocika będącego pewnym tego, że nie oczekuje potomstwa i łaskawie zrobiła zdjęcie. Lekarz zobaczył owo, orzekł, że jednak Kocik nie umrze i zalecił wizytę u lekarza rodzinnego, by ten wypisał L4. Więc dnia następnego (trzeci dzień przygody), Kocik wybrał się w rodzinne okolice, by owo L4 dostać (wcześniej okazało się,że tak rzadko bywał w przychodni, że go wyrejestrowano). Po dopełnieniu formalności, Kocik dostał się przed oblicze pani doktor, która z mety wystawiła trzytygodniowe zwolnienie (po prośbach Kocika skrócone do tygodnia jednego). Do tego zalecono Kocikowi leżenie, przemieszczanie się tylko ze stabilizatorem (koszt dwustu złotych) i o kulach… Dobrze, że znajomi czasami też miewają przygody ortopedyczne, bo było od kogo wypożyczyć sprzęt ratujący kocikową nogę 🙂
Tyle atrakcji i to tylko za jedyne kilkaset złotych miesięcznie 🙂 Jak za darmo, prawda? 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 18, 2009 w kocik marudzi

 

W kocim świecie…czyli z dedykacją :)

koci swiat
Koci świat (nie mylić z kocikowym, chociaż…) pełen jest niespodzianek. Każdy dzień jest źródłem tysiąca i jednej przygody, które wyglądają to z regału, to spod stołu…a wszystkie takie ekscytujące i kuszące nieprawdopodobnie, że nic tylko wskakiwać w nie czterema łapami z ogonem gratis. Koci świat Krówki i Krokodylka jest wyjątkowy do kwadratu, bo w tych dwóch kocich istotach zgromadziły się wszystkie typowo kocie cechy, uzupełnione cechami dalekimi od właściwych temu gatunkowi 🙂 Jelonek czasami kontrolnie zapytuje, czy one aby są jeszcze kotami…
Koci świat lubi się przede wszystkim bawić – szczególnie tym, czym bawić się nie powinien i z pełną premedytacją (przynajmniej w przypadku Krokodylka) zabawy te odbywa. Wszak zabawa tym, co zostało specjalnie zakupione (piłeczki, wędeczki i co tylko), może i bywa miła (jeśli w pobliżu jest „operator wędki”* :D), ale dużo bardziej frapujące jest zdobycie jakiejś zabawki (na przykład z wysoko zawieszonej półki) i do tego jakie jest to twórcze! Jakiej zwinności i pomysłowości trzeba, aby niepostrzeżenie zdobyć obiekt pożądania! A obiekty kociego pożądania bywają różne i pod tym względem Krówka i Krokodylek nie są wybredne… Oczywiście mają swoje ulubione kategorie, dzięki czemu Jelonek intensywnie wspiera przemysł kosmetyczny (bo pomadki ochronne, to jest to, co koty lubią pasjami). Poza tym do zabawy nadają się przede wszystkim te przedmioty, które z uwagi na swoje niewielkie rozmiary można zgrabnie ukryć pod łóżkiem czy lodówką. Przez te umiejętności domowych „grabarzy”, onegdaj przetrząśnięty został paśnik od podłogi po sufit, bo koty schowały gdzieś zapasowy komplet kluczy. Finalnie okazały się tak sprytne, że schowały je do kieszeni jednej z jelonkowych kurtek 😉
Niektóre zabawy mają także wartość utylitarną (prawie), ponieważ Krokodylek bardzo lubi sprzątać, a dokładniej myć podłogi. Oczywiście najlepiej do tego celu nadają się porwane chusteczki, które szybko lądują w misce z wodą. Potwierdzeniem tej tezy jest także kocie uwielbienie dla wody i wyczekiwanie każdej okazji by móc się potaplać pod prysznicem, w umywalce, w toalecie (to Krówka w swym dzieciństwie uskuteczniała skoki do muszli – do dziś nie wiadomo, czy chodziło o zamiłowanie do pływania, czy chęć zafarbowania sobie mordki na niebiesko 🙂 ). Krokodylek bywa też gościnny i potrafi uraczyć herbatą (porywając torebkę wyjętą z kubeczka). Ot ukryć się nie da, że są to istoty nie tylko wielbiące porządek, ale i dbające o gości paśnikowych 🙂 Krówka natomiast przoduje jeśli chodzi o poznawanie sprzętów i nowinek technicznych – przede wszystkim lubi wylegiwać się na laptopie, kiedy ten jest w użytku. Najwidoczniej lubi uspokajający dźwięk klikających klawiszy 🙂
Krówka i Krokodylek lubią też ogromnie zabawę w chowanego – zawsze wtedy, gdy w zasięgu ich wzroku znajdzie się pudło lub torba. Wtedy urządzają sobie zawody kto pierwszy się do niego/niej dostanie i kogo trudniej będzie znaleźć. Opory budzi tylko transporterek, który oznacza wywózkę w obce okolice, która kończy się oglądaniem kota, kłuciem i aplikowaniem środków różnych, na co każdy szanujący się kot nigdy nie ma ochoty.

A refleksja kocia wzięła się z tego, że dziś Kocik obudził się i został poinformowany, że wyruszyła tysiąc sześćsetna druga ekspedycja paśnicza – w poszukiwaniu zagubionej pomadki 😉
Na deserek jedna z moich ulubionych (kocich) animacji 🙂

*Zdarzyło się kiedyś tak, że Kocik doglądał kociego świata… i skonstatował, że koci świat szaleje za wędką. Więc by wynagrodzić mu poczucie osamotnienia, codziennie odbywał wędkowe zabawy. Mysh wówczas zauważyła, że nigdy nie widziała, by Krówka lub Krokodylek sapały ze zmęczenia 🙂 Kocik za to napatrzył się na pierdyliony piruetów powietrznych i przecudnych salt 🙂
** Zostałam upomniana, że nie wspomniałam o dwóch kocich umiejętnościach 🙂 Pierwsza to aportowanie – niby nic, ale Krówka przynosi i odnosi grzecznie zabaweczki, którymi chce się bawić 🙂 Przede wszystkim chodzi o wędkę, z którą maszeruje przez mieszkanie w poszukiwaniu łaskawcy, który się z nią pobawi 🙂
Krokodylek zaś rozwija zdolności lingwistyczne i chętnie konwersuje. Szczególnie gdy coś przeskrobie i ma się stawić na pogadankę umoralniającą, to choć wie, że upomnianym być musi, to idzie przez domek i głośno dyskutuje: jak to?! ja mam być upominany? ja wzór cnót wszelakich? toż to jawna niesprawiedliwość! itd.,itd.

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Czerwiec 12, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Krótka refleksja, czyli kocik potrafi

Kocik kolejny raz przekonał się, że czasami potrafi coś zdziałać – mniej lub bardziej świadomie, ale często z niespodziewanym efektem. Tak jak kiedyś gasił pożar w pracowej popielniczce (a fe,a fe! takie brzydkie łamanie bhp), tak dziś sprawdził skuteczność służb bezpieczeństwa w swojej pracy.
Otóż zacząć trzeba od tego, że choć wiele aspektów wymaga pilnego unowocześnienia w kocikowym miejscu pracy, to jedna rzecz jest ultranowoczesna – drzwi wejściowe. Na pierwszy rzut oka są one całkowicie niepozorne i nie sprawiają wybitnie dobrego wrażenia. Ot zwyczajne, metalowe drzwi. Ale tak jak pozory lubią mylić, tak drzwi te skrywają wiele niespodzianek. Po pierwsze primo pracownicy i inni uprawnieni posiadają magiczne (choć znów niepozorne) karty, przy pomocy których owe drzwi otwierają (przez zbliżenie karty do czytniczka z czerwoną diodą 🙂 ). Tu warto wspomnieć o różnych technikach – bo wyciąganie karty jest zbyt banalne i pospolite, więc znakomita część pracowników przykłada całe torby, tym sposobem oszczędzając cenne sekundy, które trzeba by zmarnować na poszukiwanie karty. Jedni więc przykładają plecaki, inni torebki lub portfele.
Niemniej…dziś w okolicach południowych Malinu zjawiła się u drzwi magicznych, by podrzucić strączkowe kluczyki. Kocik zdreptał więc chyżo i postanowił zamienić słów kilka w słoneczku czerwcowym (dawno nie widzianym). Oczywiście karty Kocik nie wziął, więc postanowił drzwiczki przytrzymać. Po dłuższej chwili drzwi zaczęły piszczeć, więc pozwolił im się zamknąć. Po minucie czy dwóch z wnętrza wydostawał się jakiś petent i już, już Kocik miał wrócić na górę, ale jeszcze wątek kończył, więc znów drzwi przytrzymał, póki te ponownie nie zaczęły piszczeć. Kocik dostrzegł w tym jakąś regułę i ponownie je zamknął. A że do trzech razy sztuka, to z budynku wychodziła kolejna osoba, która zmotywowała Kocika do skorzystania z wolnego dostępu do wnętrza (bez wydzwaniania domofonowego). Kocik nawet zaczął się w zwolnionym tempie odwracać do wejścia, gdy zjawiła się pani opisana jako przedstawiciel ochrony. Malinu i Kocik zdziwiły się nieco, lecz pani flegmatycznie wyjaśniła, że Kocik ma tak tych drzwi nie trzymać, bo im (ochroniarzom) się alarm włącza 😀
I tak Kocik doszedł do dwóch wniosków – po pierwsze to jak Kocik coś zdziała, to łapy opadają, a po drugie jeśli ochrona pracuje w takim tempie, to na kiego nam takie nowoczesności i alarmy? Przecież w sytuacji zagrożenia, potencjalny bandyta zdążyłby Kocika obedrzeć ze skóry i wynieść 7/8 pracowego majątku. No ale… liczy się, że system jest, a czy skuteczny, to już poza dyskusją 🙂
bezpieczenstwo_klodka

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 9, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Atak klonów, czyli z twarzy podobny zupełnie do…

każdego 🙂 Kocik doszedł dziś do wniosku, że jego pospolite oblicze może stać się przyczyną uroczych (całkiem) pomyłek. Ale seria, która dziś nastąpiła zaskoczyłaby każdego. Tytułem wstępu trzeba napisać, że pewnie Kocik ma to wszystko na własne życzenie, ponieważ wczoraj „niecnie” się podszywał pod Jelonkową istotę, machając służbom porządkowym na rocznicowym koncercie plakietką z jelonkowym nazwiskiem przed nosem (to nic, że wśród służb byli tacy, co to Jelonka znają nie tylko z nazwiska, ale wyglądu…a przyznać trzeba, że są takie pory dnia i nocy, gdy Kocik Jelonka nie przypomina). Wszytko to po to, by czerpać korzyści z owego pod-szycia (to jest wejść bez gimnastyk do strefy zasiedlonej przez przedstawicieli urzędu wiejskiego, wysłanników urzędu źle skracanego oraz gości przez duże „g” 🙂
Poczuł się jednak rozgrzeszony, gdy okazało się, że Jelonek zyska kolejnego klona w postaci swojej Hunter szefowej, która zaanektowała plakietkę, twierdząc, że w przeciwnym wypadku nie wróci na swoje miejsce.
I pewnie od tego się wszystko zaczęło, molekuły rzeczywistości się wymieszały, a w bazach danych nastąpił drobny chaos.
Ale po kolei…rano Kocik obudził się niczego nieświadomy i zaczął się wygrzebywać strączkowo, by przed południem dotrzeć przed siedzibę Bardzo Ważnych Artystów, gdzie Jelonek objaśnia cosobotnio tajniki fotografii. Kicał tam Kocik z radością, bo w perspektywie była wycieczka w nikiszowieckie okolice w celach fotograficzno-towarzyskich i chwila w zupełnie innym świecie, wyabstrahowanym od metropolitalno-grajdołowych klimatów. Wjeżdżając między zabudowania Nikiszowca Jelonek i Kocik natknęły się na scenę załadunku pary młodej do limuzyny (co w przypadku robotniczego osiedla z cegły i klimatów bardziej niż górniczych było obrazkiem przecudnej urody). Przyglądając się scence Kocik wychwycił tylko swoim usznym radarem fragment rozmowy: ale która? ta czarna? (to o Jelonku) nie – ta blondynka (Kocik jako żywo).
Rozbawiło go to wewnętrznie i pomyślał, że pewnie jego jaskrawy strój przyciąga uwagę, co wymusiło jakiś limuzynowy komentarz. Choć po kilku godzinach myśli sobie, że mógł być wzięty za kogoś innego, bowiem…
Kocik stoi sobie pośród budynków, rozgląda się, obserwuje toczące się gry i zabawy (w ramach imprezy dla mieszkańców dzielnicy), uśmiecha się do pani niosącej naręcze balonów dla dzieciątek rywalizujących i nagle pani niosąca balony rozpromienia się od ucha do ucha. Kocik lekko zbaraniał, ale dalej suszy zęby w najlepsze (myśląc sobie – jak to miło, że ktoś odpowiada na ESD). Pani niosąca balony kieruje się w stronę Kocika i wykrzykuje cześć! Kocik bynajmniej nie ma sklerozy, nie jest też w grupie zagrożonej demencją starczą, więc skonfudował się delikatnie i umieszcza w swoich Kocikowych oczkach dwa znaki zapytania. Pani podchodzi i nagle orientuje się, że Kocik jest Kocikiem, a nie kimś do kogo miała zamiar wykrzyczeń radosne powitanie. Speszona wymrukuje, że Kocik to taki podobny i że się pomyliła.
Niezmieszany (ani niewstrząśnięty) tym incydentem Kocik dalej sobie obserwował otoczenie najbliższe, zerkał i szczerzył się bez powodu. Szczerzył się też kiedy zobaczył reakcje dziecięcia, oddającego się uciechom huśtawkowym, które usilnie obfotografowywał wybiórczy fotoreporter. Ten ostatni – wiedziony nie wiadomo czym – po skończeniu obfotografowywania zwrócił się do Kocika z pytaniem, czy owo dziecię nie jest przypadkiem jego przychówkiem. No i tym razem miast znaków zapytania kocikowe oczy przybrały wielkość pięciozłotówek i jedyne co Kocik mógł wybełkotać, było – w żadnym razie 😀
Najbardziej ekstremalnym był jednak przypadek parkingowy. Otóż Jelonek i Kocik po zjedzeniu obiadku, pokicały w poszukiwaniu bubu. Bubu nie odnaleziono, więc na pocieszenie kupiły sobie po gigantycznym lodzie, które wytrwale pochłaniały w przestrzeniach świstaka. Jedzą sobie, jedzą, Jelonek odpiera oferty handlowe składane przez średniego gatunku obywatela, a vis a vis parkuje samochód z panią za kierownicą. Jelonek i Kocik jedzą, pani się grzebie w samochodzie. Jelonek i Kocik jedzą nadal, pani zaczyna się gimnastykować – z lewa na prawą, w przód i w tył, zerka, mruży oczęta, wychyla się. Jelonek i Kocik nadgryzają wafelki, gdy pani opuszcza samochód i zaczyna te same gimnastyki. Kiedy intensywność gapienia się stała się niepokojąca, pani zdecydowała się podejść, nadal wyginając śmiało ciało. W końcu staje przy drzwiach Kocika i zaczyna machać, dając znać, że chce porozmawiać. Kocik otwiera drzwi, a pani zaczyna tłumaczenia, że ona przeprasza, ale Kocik to taki podobny, że miała zamiar podejść i powiedzieć Irena a Ty co tutaj robisz? Miałaś w sobotę wyjechać!
Kocik utwierdził panią, że nic się nie stało, że pomyłki się zdarzają…za to Jelonek złożył się w pół i chichotał nad posądzeniem Kocika o bycie Ireną. Zagroził nawet, że chyba sobie wprowadzi aktualizację w Soulowym telefonie 🙂
Kocik ma w perspektywie wyjście do Trąbki na urodzinowanie trzydziestki panny Zebry i już się boi pomyśleć co się wydarzy 🙂
W ramach ilustracji – klon 🙂 Nie atakuje, tylko jakoby kwitnie, ale klon jest klon 🙂
klon_zwyczajny

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 6, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Rocznice doniosłe, czyli Kocik świętujący?

Od kilku miesięcy media wręcz trąbiły (inaczej być nie mogło skoro oporny wobec telewizji i popularnych stacji radiowych Kocik słyszał to trąbienie) o przygotowaniach do obchodów 20. rocznicy pierwszych wolnych wyborów w powojennej Polsce. Niezależnie od wszystkiego – kto i komu wygrażał, kto i na kogo się obrażał, kto gdzie chciał świętować, to Kocik uznawał, że są to „problemy” politycznej śmietanki (nieco zjełczałej, ale jednak). My natomiast po prostu powinniśmy cieszyć się zbiorowo i bezwarunkowo… I nieważne, że miast atmosfery radości wszechogarniającej i dumy, mamy konkurujących ze sobą polityków, którzy przekrzykują się z północy na południe, mamy związkowców, którzy niezależnie od ekipy rządzącej są niezadowoleni i mamy zwykłych ludzi, których w większości świętowanie nie interesuje… Tak przynajmniej Kocik myślał obserwując wydarzenia uroczystościowe w swojej miejskiej okolicy. Owszem…zachwyciła go prostotą akcja „Lot do wolności”, rozbawiło go miasteczko PRL (choć zobaczył je na zdjęciach głównie) oraz wyprowadzanie (lub raczej wywożenie) komunizmu w ramach happeningowych działań… Ale poczuł też, że w wielu ludziach okoliczności czerwcowe wzbudziły poczucie, że „nie o take Polskę walczyliśmy”. Największym przejawem rozgoryczenia (mniej lub bardziej uzasadnionego) była chyba czwartkowa manifestacja, która wydała mu się jakby gdzieś obok. Obok tego, czym miał być 4 czerwca i hucznie obchodzona rocznica. Oczywiście nie chodzi o to, by bezkrytycznie przyklaskiwać wszystkiemu temu, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch dekad, lecz Kocik miał wizję naprawdę radosnego święta, które uzmysłowi ludziom (o ile jeszcze świadomi tego nie są), że zaledwie 20 lat temu uczestniczyliśmy w czymś naprawdę wyjątkowym i przełomowym.
Kocik był dziecięciem, gdy w samo południe głosowano i decydowano o przyszłości tego skrawka między Odrą a Bugiem i milionów ludzi, którzy już w nim żyli lub pojawić mieli się za lat kilka(naście), więc i nie do końca czuł powagę chwili. Pewnie równie mocno absorbowało go to, że od września pójdzie do szkoły i zacznie „dorosłe” życie. Ale jednocześnie Kocik wychował się w domu rozpolitykowanym, domu solidarnościowym, w którym wierzono w to, co niezależne związki miały sobą reprezentować. Podskórnie więc wiedział, że sprawa jest ważna i byle błahostka przedszkolna przesłonić jej nie mogła.
Pewnie gdyby było inaczej, to na początku lat 90. nie wydawałby swojego kieszonkowego na zakup cegiełek dla stoczniowców.
A teraz to wszystko jakoś tak mu obrzydło. Możliwe, że zbyt wiele manifestacji pod oknami jego wydziału się przetoczyło i Kocik zauważył, że niezależnie od tego kto na górze, to jest źle i trzeba spalić kilka opon. Oczywiście trudno dziwić się desperacji ludzi, którzy z dnia na dzień tracą pracę, przywileje, którzy nie są przygotowani do niczego poza odebraniem wypowiedzenia. Ale w tym wszystkim Kocik chyba zobaczył, jak rewolucja (w istocie) pożera własne dzieci.
Dziś Kocika zahaczyło o koncert rocznicowy, jaki urząd wiejski zorganizował na okoliczność. Jelonek tam śmigał i uskuteczniał się reportersko, a Kocik patrzył, marzł i słuchał smęcącego pana muzyka. Niestety urząd wiejski mógłby się sporo nauczyć (np. od urzędu źle skracanego) jak zrobić imprezę bez zbędnej pompy i zadęcia, bez wieńców i pochodów ku czci. W przeciwnym razie na koncert z okazji 25. rocznicy przyjdzie garstka kombatantów i notabli, którym przyjść wypada.
Choć oczywiście i tradycyjnie Kocika wzruszyła Szczepkowska, która przywołała (kultowe) zdanie o upadku komunizmu… I z fartem, że Kocik stał sobie na uboczu, bo przynajmniej nikt nie widział, że był o krok od beku 🙂 Kocik tak ma, że są rzeczy, które go strasznie ruszają i to się pewnie nie zmieni.
W ramach foto-graficznego uzupełnienia warto kliknąć w to miejsce… o TO
together_project_05

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Czerwiec 6, 2009 w kocik oddaje się zadumie