RSS

Archiwa miesięczne: Lipiec 2009

Kocik urlopowy…był:)

Zgodnie z przed(przedprzed*)ostatnim wpisem, który wklikiwany był na szybko z okolic praskiego rynku (tu Kocik się rozmarza, rozpływa, roztkliwia i co tylko!), trzeba napisać, że Kocik się urlopował. Pierwszy tydzień spędzony został na wojażach czeskich – co w zasadzie staje się świecką tradycją, że skoro jest lipiec, to Kocik kica sobie po tamtejszych okolicach, zagląda w znane i mniej znane rejony, sprawdza co leży pod każdym kamieniem i co znajduje się za najbliższym (i dalszym) rogiem.
Spoglądanie pod każdy praski kamień zaczęło się w lipcowy poniedziałek, kiedy to wsadziliśmy się w samochody i ruszyliśmy na południe (najpierw trochę na zachód, korzystając z mizernej – lecz jednak – infrastruktury drogowej naszego pięknego kraju). Sprawnie i jak po sznurku (przysłowiowym) dotarliśmy za południową granicę i dalej śmigaliśmy ku sercu Republiki Czeskiej. Nasz śmiganie wydłużyły nieco korki autostradowe i to w wersji ekstremalnej, czyli takiej, w której można było wyłączyć świstakowy silnik i dotlenić się nieco po trudach podróży. Oczywiście nie był to czas stracony – wraz z Jelonkiem wypatrzyłyśmy samochód, w którym podróżował „Biały pies, bez łat”, co zresztą zostało uwiecznione dla potomności – a raczej dla Hydrozagadki. Po przedarciu się przez zakorkowane arterie, osiągnęliśmy cel podróży – czyli akademik na Chodowie, gdzie przez dni najbliższe mieliśmy odpoczywać. Odpoczynku zażywaliśmy niewiele, bo stale gdzieś nas gnało i chcieliśmy do granic wykorzystać czas lipcowy. I przez pięć radosnych dni oglądaliśmy to co przewodnikowe i to, co w przewodnikach jest pomijane, lub wrzucane do działu „Na obrzeżach wielkiej Pragi” 🙂 Praski wyjazd był też przełomowy w kwestii konsumpcyjnej – otóż tam odbyło się pierwsze zjedzenie: cheesburgera, frytek, parówek, zupy, ziemniaków, pstrąga, ciasta – a wszystko to wykonane przy użyciu Jelonka z zainstalowaną śrubą na podniebieniu 🙂 Więc nawet pożyczony na tę okoliczność blender nie znalazł swojego zastosowania i nietknięty wrócił na ojczyzny łono 🙂
Odbyło się także oglądanie wystawy zdjęć Saudka (odsyłam do linków) i buszowanie wśród reprodukcji wszelkiej wielkości oraz zabawa „ponaśladujmy pomniki”, dzięki czemu Kocik wcielił się w postać Libusze (wieszczącej założenie Pragi), a Jelonek – Przemysła Oracza (założyciela dynastii Przemyślidów). Oczywiście Kocik nie byłby sobą, gdyby nie wdawał się w dziwne dysputy (co zaowocowało wystraszeniem Szweda – wzięty za tutejszego i zapytany o możliwość parkowania, zrozumiał, że musi mieć kartę, by zaparkować w centrum; oraz instruowaniem Czechów jak mają dotrzeć do centrum i Rynku).
Oczywiście – i zgodnie z praską tradycją – odbyła się wizyta na Żiżkowie, w zakamuflowanej przed turystami knajpce „U dwóch Hrabali”, w której przesiedzieliśmy dziką ulewę i najedliśmy się nieprzyzwoicie…
Wyjazd był pełen przygód – szczególnie powrót, kiedy to w świstaku nam się wszystko wy-gazowało, benzyna też był na etapie rezerwy, a stacji nie było widać przez dobrych 80 kilometrów. W całym tym uroku wydarzył się korek, dzięki czemu kontrolka świeciła się jak złoto 🙂 Kocik profilaktycznie zapytał, czy ma już szukać informacji, jak prosić o odlanie benzyny, na co Jelonek spokojnie odrzekł – lepiej ucz się prosić o to, by Cię podwieziono do najbliższej stacji. Jednak wnikliwość Jelonkowa, kazała nam przestawić gps na wyszukiwanie najbliższej stacji, dzięki czemu dotarłyśmy do wiochy pierwszej kategorii, gdzie na stacyjce (bo to nawet stacja nie była), świstak został zaopatrzony w paliwo, które pozwoliło nam dotrzeć do Polski.
W ramach re-sentymentów praskich – John HAs (sic!), czyli pomnik zbuntowanych husytów. Fot. by Jelonek
John HAS nocnie

Aaaa…Kocik dał się wsadzić na jednoślad Jelonkowy (zwany Zuzią). Wcześniej ostentacyjnie jadł bagietkę, by dać wyraz swojemu niepokojowi. Ostatecznie jednak przeżył, popełniał kardynalne błędy początkującego, bawił się doskonale, zginie jak nic śmiercią szybką (bo prędkość to jest to, co Kociki lubią najbardziej) 🙂 Teraz chyba musi złożyć jakieś podanie o sprawianie mu jednośladowych przyjemności w stałych (niedługich) odstępach czasowych 🙂

*wpis dość długo „leżał” w szkicach blogowych…z przyczyn wyżej wymienionych 🙂

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 31, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Karmazynowy przypływ vs. zawał kamienicznika

Jakby to powiedzieć…zdolności, to nam nigdy nie brakowało, a już do wymyślania sobie dziwnych zajęć, to absolutnie nie 🙂 A to zdarzyło się wywozić pierdylion okien z urzędu źle skracanego (bo po opaleniu ich i doprowadzeniu do stanu nieomal surowego, posłużą jako ramy do zdjęć), a to remontów nam (to znaczy Kocikowi) się zachciewa i tak ciągle coś. Kocika zastanawia tylko dlaczego tych remontów zachciewa nam się w sobotę, w środku nocy? Na szczęście dzień wcześniej została kupiona farba, bo bez niej byłoby trudno o remonty – no chyba, że przestawialibyśmy ściany lub wywalali okna, albo zrywali podłogi. Ale zasadniczo Kocikowi się zachciało malowania. Na pierwszy ogień poszła łazienka, której wygląd wołał już o pomstę do nieba i gdzie tylko. Dlatego, gdy o 23 Jelonek zapytał „a może pomalujemy”, to tak Kocik, jak Wilcze ślep(k)ia przystały na to ochoczo. Przeszkodą nie był nawet brak drabiny (bo po co, skoro można ćwiczyć na równoważni z wanny)! Zaczęło się od demontażu wszystkiego, wyniesieniu wszystkiego (poza wanną i lawendową toaletą 😀 ), pozbyciu się syfu największego. A potem było już z górki – rach-ciach, zrobiła się 4.30 i pierwsza warstwa pyszniła się na ścianach. Choć kolor nazywa się „żurawinowy”, to jest on niewątpliwie kuzynem „karmazynowego przypływu”, który onegdaj Jelonek zafundował swojej Mamie (w ramach niespodzianki), a w kocikowym odczuciu powinien się nazywać „zawał kamienicznika”, bo tym się pewnie skończy, gdy ów kamienicznik kolor zobaczy 🙂 Remont trwał jeszcze przez pół niedzieli, ale jaką dziką przyjemnością było zainaugurowanie „ery karmazynowego przypływu”!
W ustalonej kolejności odbyły się kąpiele i leżakowania w wannie słusznych rozmiarów, z plimkającą wodą, pianką, świeczuszkami i wspaniałym widokiem 😉 Dokumentacja zdjęciowa ze zmagań oczywiście tutaj

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 31, 2009 w kocikowi się roi

 

Jelonek podwójnie świętujący, czyli co zrobić, by często dostawać prezenty ;)

Odpowiedź jest krótka: obronić się w tym samym miesiącu, w którym ma się urodziny 😉 Ale po kolei…

Kocik nadal siedzi sobie w jakimś wygwizdowie bezinternetowym, czyli w centrum miasta, aglomeracji nawet, żeby nie stwierdzić że metropolii! Szlag go nagły już nawet nie trafia, przestał knuć plany mordercze (przeszedł do okaleczających) w odniesieniu do pana Powolniaka, który co jakiś czas wymyśla nowe wytłumaczenie dla swojej wszechogarniającej dupowatości. Dlatego by zająć się czymś konstruktywnym lub chociaż przyjemnym Kocik uskutecznia spotkania towarzyskie w wersjach różnych oraz podróże bliższe (i dalsze). Jeszcze za czasów urlopu kocikowego (dawno, dawno temu), Kocik potoczył się kilkakroć w kierunku Miasta Królów (jak się reklamują), by osobiście dopilnować Jelonka, który miał złożyć swoje (aktualnie) dzieło życia w postaci pracy magisterskiej. Nie żeby Kocik wątpił w to, że Jelonek złoży owo cudo, obawiał się tylko, że może tego składania nie przeżyć pani z dziekanatu (klasyczna, stereotypowa, z wdrukowanymi w DNA zachowaniami a la Gollum). Obyło się jednak bez większych problemów (abstrahując od punktualności szanownego promotora) i już 24 lipca, o godzinie 10 rano świstak z głównym zainteresowanym (Kocik :P) oraz broniącym się (Jelonek) pomykał w kierunku przeznaczenia – patrz – wyższe wykształcenie, pełne i bez uszczerbkowe. Kocik oczywiście przypominał sobie (siła faktu) swoje poczynania obronne i to, jak nakrzyczał na wszystkich, niecenzuralnie mówią im, żeby łaskawie poszli sobie gdzieś i nie sterczeli przed gabinetem promotorskim, bo jeśli tego nie zrobią, to im Kocik serdecznie nakopie (nie żeby nie lubił towarzystwa, po prostu nie był w nastroju do słuchania piosenek Dody, której utwory nucono – na tamten moment „więc nie martw się, uśmiechnij się”, etc.). Po przykicaniu na wydział szanownego uniwersytetu, Kocik i Jelonek zderzyły się z kartką: Egzaminy magisterskie w dniu 24.07 odbędą się godzinę lub dwie później. No więc z mety wiadomo było,że dwie, o ile nie pojawi się kartkowa aktualizacja „lub trzy”.Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił, a Kocik w duchu dziękował za to, że Jelonek otwiera alfabetycznie magisterskie zmagania, bo dzięki temu nie kroiło się oczekiwanie do wieczora na samą możliwość spotkania z komisją. O 14 Jelonek wszedł pewnym krokiem, o 14.19 wyszedł równie pewnie, po dwóch kolejnych minutach znów wszedł i wyszedł, by wreszcie oznajmić, że bardzo dobrze skończył studia i magistrem się ostał. Kocik spodziewał się, że tak się skończy, ale mimo wszystko z ulgą odetchnął, co uzupełnić trzeba było obiadkiem krewetkowo-patatasowym (właściwie jak zawsze). Potem już były same przyjemności – no może poza podróżowaniem w upale (choć niech błogosławiony będzie ten, kto zaprojektował w świstaku klimatyzację). Niemniej było wznoszenie toastu rodzinnego i sączenie małej kawki, a potem spotkanie trąbkowe i dość długie pogrywanie w skojarzenia (ostatnio jedna z przedniejszych rozrywek trąbkowych). Dorobiliśmy się już stałych związków…wyrazowych (urodziny-tort-striptizerka; cokolwiek-orgazm – choć tu prawa autorskie mają Wilcze osobniczki; Hydroptyś – prince polo; dziura – Hydroptyś; Sąsiad – jelito, etc.) A dziś znów powód do spotkania trąbkowego, bo nie dość, że się Jelonek raczył obronić, to jeszcze raczył się zestarzeć i dzięki temu wczoraj świętowaliśmy (part 1) z tej okazji. Świętowanie zostało poprzedzone przygotowaniami wielomiesięcznymi (sic!). A było to mniej więcej tak… dawno, dawno temu, Hydroptyś szukał czegoś na Allegro i w oko czujne (łowcy) wpadł mu dmuchany jelonek bambi na kółkach. Nie wiele myśląc – zamówił, kupił, odebrał pocztę i schował w kuchennej skrytce. Dość długo Jelonek (prawdziwy) był wkręcany w temacie tego drugiego (dmuchanego). Od czerwca Hydroptyś i Kocik dumały gdzie i jak tego jelonka zamontować (dmuchanego), bo samo wręczenie byłoby nudne i sztampowe. Przerobiona została koncepcja z przypięciem go do maski świstaka, schowaniem w świstaku…a w końcu sprawa się sama rozwiązała, bo Kocik jest w posiadaniu kluczy do jelonkowego paśnika 🙂 Wczesnym rankiem (6.30), Hydro i Kocik zakradły się, zainstalowały Jelonka na wycieraczce, do framugi przykleiły wycinankę z napisem „Happy birthday”. O reakcji na ten widok musiałyby napisać koty, no chyba, że Jelonek się sam skusi w komentarzu? Popołudniową porą zaś Kocik poszedł już oficjalnie i bez kombinatoryki, a następnie przetransportował Jelonka do strączka. Po drodze był wypytywany: a gdzie, a kto, a co, a jak, ale odpowiadał konsekwentnie: duża papierowa torba (znak sygnał – czyt. tajemnica). W strączku czekała już gromadka: Hydroptyś i Sąsiad, Wilcze Ślep(k)ia, Pani Kierownik Pijalni Siemienia Lnianego oraz Mysh (i wirtualnie Malina!). Po długim wstępie i zagajeniu, Jelonek przystąpił do walki z papierem i kartonem, by po otworzeniu go stwierdzić bezradnie: jezus maria, co to jest? Skonfudowanie wynikać mogło z tego,że wewnątrz sporego kartonu znalazł 10 mniejszych kartoników w różnych rozmiarach. Ale dzięki zręczności i sprytowi zmontował sobie część prezentu i już sił nadprzyrodzonych wzywać nie musiał. Po obfotografowaniu tegoż i nas wszystkich z wykorzystaniem prezentu (:) ), zabraliśmy się za tort (zdmuchiwanie świeczek, gratulacje dożycia sędziwego wieku, popijanie kawuni wczesnowieczornej). Właściwe obchody są zaplanowane na dziś, więc po części oficjalnej część towarzystwa oddała się obowiązkom, a część spacerowaniu (oraz przesiadywaniu w parku). Docelowo połączenie porannego wstawania (z akcją wycieraczkową) z późnym położeniem się spać dnia wcześniejszego (z akcją kinową), spowodowało, że Kocik padł jak długi jeszcze przed północą. Ale…weekend właśnie się zaczyna, więc maratony ekstremalne dopiero przed Kocikiem 🙂
1520

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 31, 2009 w około-kocikowo

 

A ponoć żyjemy w cywilizowanym kraju…czyli ogłoszenie

Gwałtu, rety! Kocik jest odcięty od świata! I to trwale, niezmiennie i bez wizji na powrót do świata (wirtualnego). A powód jest dość prozaiczny, choć jak się okazuje – pozostaje nie bez wpływu na kocikowe życie. Powodem tym jest burza, jaka przeszła nad częścią świata zamieszkiwaną przez Kociki dobre trzy tygodnie temu. Burza była tak skuteczna, że w kocikowej sieci tylko zasyczało, zaiskrzyło i zgasło. Przez kilka pierwszych dni nieszczególnie było to uciążliwe, bo Kocik i tak biegał po świecie (patrz wpis poprzedni, patrz wpis następny), ale po powrocie w planach miał pracę intensywną. A tu guzik i to bez pętelki, figa bez maku i co tylko! Niestety osobnik odpowiedzialny za awarii usunięcie (roboczo nazwijmy go Powolniakiem), ma serdecznie gdzieś kocikowe (i sąsiedzkie) utyskiwania, błagania, prośby i groźby. Wije się jak piskorz i tłumaczy mętnie, a fakt pozostaje faktem – dostępu do sieci jak nie było, tak nie ma. Kocik próbował miło, ironicznie, wreszcie przyjął postawę stanowczą – nic nie działa, a wszystko jak grochem o ścianę. Kocik zaczyna podejrzewać, że urządzenia, które to Powolniakowi mają dostarczyć niesie ktoś z Chin i to pieszo (do tego jest to stuletni staruszek, któremu brak jednej nogi, a na drugiej ma odcisk). Kocik planuje słodką zemstę, lecz ta (wiadomo!) najlepiej smakuje na zimno. Póki co jednak prosi się o cierpliwość i wybaczenie rozrzutu czasowego między kolejnymi wpisami 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 23, 2009 w kocik marudzi

 

Kocik zielony nadaje z centrum świata i lepszej strony granicy;)

W trzech słowach, bo kawa w starbucksie się kończy (tzn. w kocikowym kubku, a nie w starbucksie jako takim) i czas ruszać dalej ku praskiej przygodzie… Niemniej Kocik pragnie poinformować tych, których nie zdążył (o ile takowi istnieją, bo wiadomo,że o czym, jak o czym, ale o czeskich wojażach, to Kocik trajkocze bez umiaru), że od poniedziałku bawi po lepszej stronie granicy, czyli w Czeskiej Republice i to w samym jej centrum. Ze szczęścia się nie posiada i kwiczy nieustannie odwiedzając stare kąty… Obija się słodko, gdy reszta wyjazdowego składu nosi ciężkie aparaty i wypatruje kadrów najlepszych na świecie 🙂 Wyrzutów sumienia jednak nie ma (bo i z sumieniem u Kocika krucho 😉 ) i korzysta do woli z chwil praskich na wskroś 🙂 Szczegółowe relacji po kocikowym powrocie (chlip już zaocznie), a póki co przed-smaczek zdolności samego imć Jelonka, który z poświęceniem godnym…eee…tu Kocikowi zabrakło odpowiednio doniosłego porównania, ale chodzi o kogoś ważnego…więc z poświęceniem takie cudeńka uwiecznia 🙂
No…nadszedł moment, w którym nadmiar radości praskiej spowodował,że Kocik bredzi jak potłuczony. Więc cieszta oko zdjęciem, a nudnych opowieści wysłuchacie po weekendzie (tudzież poczytacie).
Na schle!
kubizm w oku jelonkowym
Wtajemniczonych odsyła Kocik tutaj

*Kocik musi jeszcze zauważyć, że nie ma sprawiedliwości w starbucksowym świecie, bo Jelonek nie ma (tradycyjnie) opisanego kubka swoim imieniem… A Kocik powołał się na serial o Arabelli i wystarczyło, by jego dziwaczne miano zaistniało na (prawie już pustym) kubełku 😀

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu Lipiec 7, 2009 w kocikowi się marzy, około-kocikowo

 

Nazwa już jest, czyli o spółkach cywilnych

Ostatni czas był dość intensywny w kocikowym otoczeniu. Zbiegło się bowiem w rzeczywistości kilka kluczowych (sic!) wydarzeń, które odcisnęły piętno na kocikowym żywocie.
Otóż Jelonek postanowił jednak napisać pracę magisterską, w której proces powstawania Kocik był uwikłany nieco, a właściwie nieco bardziej. Ot Kocik był pierwszym czytaczem i poprawiaczem magisterskiego wywodu i sukcesywnie kreślił i zmieniał coś w kolejnych rozdziałach pracy. A że koniec czerwca oznaczał termin oddania tejże, to ostatnie kilka dni upłynęło na czytaniu rozdziałów, poprawianiu na bieżąco, poprawianiu tego co już wcześniej się pojawiło, sklejaniu, przeklejaniu, doklejaniu, uzupełnianiu, tworzeniu spisów treści, bibliografii, spisów ilustracji i czego tylko. Kocikowi przypomniał się maj i czerwiec 2006 roku, kiedy walczył ze swoimi wypocinami magisterskim. Różnica polega na tym, że wówczas Kocik nie parał się pracą zawodową, a li tylko wstawał i tworzył, by po kilkunastu godzinach zasnąć snem sprawiedliwego 🙂 Szczęśliwie po maratonie niedzielno-poniedziałkowo-wtorkowym… praca objawiła się w postaci opasłego tomiszcza, które Jelonek zlecił wydrukować w Pijalni Siemienia Lnianego. Do teraz Kocik zastanawia się po co napisane zostało 170 stron i czy przeczyta to ktoś prócz Kocika samego w sobie 🙂 Niemniej w toku zdarzeń, Kocik rzucił tekstem o tym, że na karcie tytułowej pojawia się tylko nazwisko Jelonka, a nie Jelonka i Kocika, co zaś skłoniło Jelonka do refleksji, że właściwie to one nawet nieźle razem brzmią… Jak nazwa kancelarii adwokackiej, albo jakiejś porządnej spółki 🙂 Więc zasadniczo gdybyśmy kiedyś myślały o jednym lub o drugim – nazwę już mamy 🙂
W środę odbyło się nawet kolektywne zawiezienie pracy w uniwersyteckie okolice. W wypełnionym po brzegi świstaku dotarliśmy do jelonkowej Alma Mater, gdzie czekać miał szanowny pan promotor. Jelonek oddał pracę, umówił się na kolejne (przedobronne) spotkania i rozpoczęły się przyjemności, czyli obiadkowanie się, spędzanie leniwie czasu, siedzenie na murku nad Wisłą, sprawdzanie, czy da się stanąć na jednej nodze przy ścianie…ot…rozrywki czerwcowe 🙂
Drugim wydarzeniem, który pozostał nie bez wpływu na kocikowe życie, był przyjazd właścicielki wilczych ślepiów, która na czas jakiś zagnieździła się w strączkowych okolicach. Póki co trajektorie naszych codziennych dróg rzadko się przecinają, ale wszyscy żyją i nikomu się krzywda nie dzieje (tzn. Kocik ma nadzieję, że tak właśnie jest).
A najbardziej znaczącym z ostatnich wydarzeń jest jednak obdarzenie Kocika funkcją klucznika. Funkcja klucznika polega na dzierżeniu w łapce kluczyka (a to odkrywcze,prawda?), którym każdego dnia przekręcać się będzie specjalną śrubkę w jelonkowym pyszczku. Śrubka znalazła się tam wraz z aparatem ortodontycznym, który ma zapewnić Jelonkowi uśmiech gwiazdy, godny hollywood. Proces ten oczywiście będzie długi i skomplikowany,a pierwszą komplikacją jest połączenie kluczyk+śrubka właśnie. Do dnia dzisiejszego Kocik średnio sobie wyobrażał na czym to rozkręcanie podniebienia polegać może, ale kiedy zobaczył instrumenty i wyjaśniono mu zasady – zrobił się blady,fioletowy, zielony…a nie…zielony to już jest 🙂 Minę musiał mieć nietęgą, bo Jelonek zapytał, czy aby nie jest to już etap, w którym mamy ochotę wspólnie uciec z gabinetu pani doktor. Kocik szczerze przyznał, że chyba tak. Oczywiście nie wynika to z niechęci do niesienia pomocy, czy kocikowego lenistwa. Po prostu Kocik jest istotą arcywrażliwą, która nie radzi sobie ze świadomością tego, że może komuś sprawiać ból swoimi działaniami. Sytuacja dodatkowo się komplikuje fakt, że Jelonek bynajmniej nie jest pierwszą lepszą panią Krysią czy Zdzisią i niechęć do uszkodzenia jest stukrotnie większa. Ale Kocik czuje się odpowiedzialny i będzie musiał złapać byka (czy inne parzystokopytne) za rogi i czynić swoją powinność. Niech moc będzie ze mną…i Jelonkiem, które dosłownie wpadł w kocikowe łapy 😉

***
a w poniedziałek Jelonek, Łasic i Kocik ruszają ku przygodzie (Pawian dotrze w środę)…tam, gdzie Wełtawa oblewa swymi wodami zamek na Hradzie…Kocik przebiera nóżkami 🙂

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu Lipiec 3, 2009 w około-kocikowo