RSS

Archiwa miesięczne: Sierpień 2009

Zabezpieczony: Program antywirusowy znów w zestawie z Kocikiem, tylko 0 zł!

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

 
Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Opublikował/a w dniu Sierpień 28, 2009 w kocik oddaje się zadumie

 

Raaaazem, raaaazem, czyli kocikowe zaciskanie pasa :)

Kocik przeszedł już wszelkie granice. Granice rozpasania i dogadzania sobie. W wyniku czego przekroczył też wszelkie wymiary. I niestety nie znaczy to, że przeniósł się do jakiegoś równoległego świata, nie zakorzenił się w jakimś matrixie, ani niczym podobnym. Po prostu Kocik stał się jakiś taki…rozlany. Tak się rozpływa na prawo i lewo, tak go wszędzie pełno, nawet jeśli siedzi cicho jak myszka (tja…a bo to się często zdarza!). Owszem Kocik nigdy nie należał do istot wiotkich i mimozowatych, które są niczym ta trzcina na wietrze. Gdyby to jeszcze była trzcina cukrowa, to można by było się doszukać jakiegoś podobieństwa…bo Kocik to raczej taki cukrowy burak 😀
Od dziecięctwa wczesnego bardziej przypominał pulpecik lub chociaż dobrze wysmażony zrazik, niż coś eterycznie szczupłego. Prawdą też jest, że swoje rodzinne tendencje wspomagał folgowaniem sobie okrutnym i pochłanianiem wszystkiego tego, co zasadniczo powinno być poza zasięgiem jego jamy gastralnej. Kocik już kiedyś (dawno, dawno temu) miał takie pomysły, że może by tak go trochę zassać. Więc głupio i bez przygotowania walczył ze sobą, nie wiedząc absolutnie, że to nie o walkę chodzi, tylko o działanie w zgodzie ze sobą i masę radości, jaką czerpać można z procederu dietowego. Uuuuuuuuuuuu…no i pojawił się ten straszny leksem „DIETA”. Ale Kocik nie pojmuje diety jako ograniczenia, jako czegoś, co czyni go nieszczęśliwym, niedożywionym, apatycznym (nie mylić z apetycznym) Kocikiem. Przede wszystkim Kocik traktuje ten czas jako koncentracja na zdrowiu i szczęściu Kocika. Nigdy też tyle nie myślał o jedzeniu – jednak nie na zasadzie zachcianek, lecz mądrego dobierania składników, które się pochłonie dziś, jutro, za tydzień 🙂 Dieta to sposób żywienia i sposób na życie. I dopiero kiedy to Kocik pojął, to mógł sensownie się z sobą rozprawić.
Pierwsza rozprawa odbyła się ponad rok temu. Wówczas to Kocik stwierdził, że dość tego lenistwa, dość tego obżarstwa ponad miarę, i że teraz to się za siebie bierze. Wspierała go w tej walce Kamala (ukłony i uściski), która sama podjęła podobną walkę kilka miesięcy wcześniej. Kocik wytrzymał ponad dwa miesiące i wynik był zadowalający wielce (minus osiem kilo magistra Kocika*), ale urlop i brak rygoru sprawiły, że Kocik się zapuścił. W kąt poszły szczytne idee żywieniowe, w odstawkę poszły regularne ćwiczenia, natomiast na stałe w kocikowej rzeczywistości zagościło jedzenie miastowe, jedzenie tłustawe, słodkości i wszystko to, co tłuszczów trans zawiera w cholerę i jeszcze trochę. Tłumacząc się brakiem czasu (ale ściema!) Kocik sobie zwyczajnie odpuścił, co skończyło się tym, że dokonania dwumiesięcznych działań, aktualnie są pewnie tylko wspomnieniem. Ale…ostatnimi czasy pojawił się temat dietowy w towarzystwie i jakoś zbiorowo (czteroosobowo) doszłyśmy do wniosku, że do zdrowego żywienia czas powrócić, tak jak i do zwyczaju ruszania się w zakresie większym niż sięganie po przegryzkę lub kufel pszenicznego.
Kocik czerpiąc ze swojej wiedzy i doświadczenia ochoczo przystąpił do działań – od poniedziałku je specyficznie, acz zdrowo (tak jak i reszta grupy), rusza się przy każdej nadarzającej się okazji i nastawia się pozytywnie 🙂 Trochę mu się tylko nie chce tłumaczyć niewtajemniczonym dlaczego nie zje tłustego mięcha, ani nie zagryzie kawałem ciasta. Najchętniej zastosowałby strategię, którą kiedyś podpowiedział mu redaktor znanego tygodnika – na pytanie czy Kocik ma ochotę na czekoladkę, odpowiedział skromnie, że dziękuje, co wzbudziło reakcję redaktora: a co to? Kocikowi religia zabrania? Tak jest! Możemy przyjąć, że Kocik przeszedł na Nie-żarcienizm albo inny Anty-kalorianizm i jego religia zabrania mu opychania się czekoladą. A perspektywa nie jest zła…na święta będzie można sobie pozwolić na jakieś drobne szaleństwo 😉 Póki co jednak Kocik wznosi toast wodą mineralną!
dieta-warzywno-owocowa.cd

 
10 komentarzy

Opublikował/a w dniu Sierpień 27, 2009 w kocikowi się roi

 

Rodzina, ach rodzina…

Kocik czasami przybiera pozę kontestatora rzeczywistości. Kręci nosem na wszystko, szuka dziury w całym i wiecznie mu mało (czyt. nie tak, jak być powinno). Jednak kiedy Kocik skusi się na wizytę rodzinna, albo co lepsze u-rodzinną, to stwierdza, że w swojej najgorszej wersji zrzędy, kiedy potrafi znaleźć wszędzie jakieś uchybienie… jest kimś, kto jedynie afirmuje życie, w odróżnieniu od swoich praszczurów (w różnym wieku).

W ostatnią niedzielę Kocik wybrał się w rodzinne okolice, bo i okazja była ku temu, ponieważ senior rodu obchodził swoje kolejne urodziny. Okazja to nie byle jaka, senior wiekowym jest człowiekiem, lecz mimo to zażywny jest wielce i w dyskusje się wdaje jako pierwszy. Możliwe zresztą, że to za jego przykładem każde urodziny kończą się gorącą dyskusją, spieraniem się obozów, przytaczaniem argumentów i wzywaniem świadków (z bogiem na czele). Dyskutanci między kawą a kęsem ciasta, między siorbnięciem wina a przełknięciem torciku, toczą boje i wspinają się na wyżyny swych erystycznych (retorycznych) umiejętności. Kocik zazwyczaj przez moment siedzi jak ogłupiały, nie wiedząc co się dzieje i jak by tu się okopać na z góry upatrzonej pozycji. Jednak gdy już wie, gdzie się zadekować można ,to okazuje się, że jego saperkę porwała już jedna z ciotek i okłada nią po głowie szwagierkę swej kuzynki, która nie dała się przekonać o tym, że w ostatnim odcinku serialu „Tasiemiec ich życia”, główna bohaterka westchnęła „ach”, a nie „och”, jak imputowała okładana. Kocik pozbawiony saperki, musi więc przyjąć pozycję obronną w wersji stacjonarnej. Mości się na krześle (chwała, że jest na czym się mościć! bynajmniej nie chodzi tu o gabaryty kocikowe, lecz o to, że przy chwili nieuwagi, ktoś może porwać krzesło i naocznie udowadniać swojemu interlokutorowi, że jest ono z dębiny, a nie drzewa sosnowego, a skoro ten jest uparty, to niech się przekona i najlepiej poczuje jego twardość) i zaczyna od taktyki pt. to ja coś zjem i wypiję, a wtedy nie wypada konwersować. Jednak ileż można jeść i pić? Nawet najbardziej powolna istota kiedyś musi skończyć i stawić czoła grupie trzymającej władzę i poszukującej świeżej krwi rozmowowej. Kocik pojawia się rzadko na takich imprezach, co powoduje, że na starcie jest zarzucany pytaniami jak mu się żyje, co robi, czego nie robi, gdzie chodzi, co ogląda, co jadł dziś na śniadanie i dlaczego nie je śniadań. Taka rola osoby pojawiającej się od wielkiego dzwonu. Kiedy już zgrabnymi unikami Kocik wykręci się od odpowiadania na prywaciarskie pytania pozbawione uzasadnienia, zaczyna się wciąganie w dyskusje na tematy WAŻNE. Na inne tematy się nie rozmawia. Dlatego nie uświadczysz dyskusji o błahostkach. Każdy zadany temat będzie cię zwalał z nóg i odbierał oddech. I tak przy ostatniej wizycie na tapecie był ZUS i jego złodziejstwo (senior rodu w tle: no to wina tej demokracji), szerzące się chamstwo (senior rodu w tle: no to wina tej demokracji), kiepski program w telewizji (senior rodu w tle: no to wina tej demokracji). Tym razem Kocik był atakowany na trzech frontach – ogólnym oraz dwóch indywidualnych. Z prawej i lewej bowiem siedziały osobniczki bardzo ciekawe kocikowego zdania na tematy wszelakie. Więc Kocik mówił, co myśli o ślubach, co w obliczu rodzinnego ślubu za dwa tygodnie nie było wybitnie poprawne politycznie [sic!], dlaczego go nie interesuje to ile zarabiają dziennikarze, skąd taka a nie inna fryzura (prawy bok najpierw się uśmiał z image’u kocikowego, po czym konspiracyjnym szeptem orzekł – mi się podoba, ja to w młodości też byłam taka energiczna). Do tego uczestniczył w dyskusji (znów bok prawy) o tym dlaczego za komuny to wcale tak dobrze nie było. A dialog wyglądał mniej więcej tak:
Prawy bok – ja to za komuny byłam w sanatorium i nic nie płaciłam.
Kocik – i dlatego teraz mamy tak zadłużoną służbę zdrowia.
Prawy bok – i jak w szpitalu byłam, to też nic nie płaciłam.
Kocik – i dlatego mamy taką zadłużoną służbę zdrowia.
Prawy bok – i lekarstwa miałam też wszystkie za darmo.
Kocik – ekhm…no widzisz, a potem wyczerpały się te kopalnie złota, z których finansowano to wszystko.

Jako dodatek do uczestnictwa w rozmowach Kocikach dźgano w bok (celem zwrócenia uwagi na ważny aspekt rozmowy), ściskano (celem zdenerwowania Kocika końskimi pieszczotami) i głaskano po rękach (chyba celem sprawdzenia, czy jeszcze je ma i nie podejmuje prób pogryzienia sobie żył). Kocik po dwóch godzinach miał sieczkę w głowie i marzył o ciszy, gdzie nikogo nie spina ile zarabia Lis, Kot, czy inne zwierzę medialne, gdzie nie trzeba dywagować nad tym czyja racja jest „czyjsza” – lepsza znaczy. Choć w gruncie rzeczy, to Kocika to bawi…oczywiście wtedy, gdy ma wentyl bezpieczeństwa w postaci ewakuacji (bo wszyscy wiedzą, że Kocik jest bardzo zajętą istotą).

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Sierpień 25, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Non, je ne regrette rien

Non, je ne regrette rien…
Kiedy kocikowy móżdżek uległ ekstremalnemu przegrzaniu – pod wpływem wielogodzinnego gapienia się w tekst – postanowił odpocząć filmowo i wraz z Wilczymi Ślepiami ulokował się na kanapce. Kanapka stanęła w miejscu strategicznym, tak by nasze niedowidzące oczka mogły dojrzeć to, co dzieje się na ekranie. A szkoda byłoby nie widzieć, ponieważ wieczór filmowy sponsorowała Edith Piaf. Owszem można by rzec, że ważniejszym było słuchanie, ale wizja jednak pozostała nie bez znaczenia. Kocik jest zachwycony. Piękny, choć okrutny film, pokazujący bez cienia lukru drogę największej damy francuskiej piosenki. A w tym wszystkim piekielnie trudny i brutalny, odzierający z wszelkiej niezwykłości, z jaką zwykliśmy (my – Kocik) myśleć o rejonach sztuki przez duże S (a nawet duże SZ). Kocik poleca, bo warto zobaczyć, nawet jeśli przez większość filmu siedzi się przerażonym, oniemiałym, niewierzącym. A póki co Kocik nuci sobie „Non, je ne regrette rien” i zabiera się do prozaicznych obowiązków.
Ciekawe jak to jest nie żałować niczego…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 25, 2009 w kocik oddaje się zadumie, kocik widzi(ał)

 

eS jak spontan!

Poweekendowo Kocik jest w wersji „ore,ore” i bynajmniej nie chodzi o cygańskie przyśpiewki, tylko o oranie kocikowym nosem po biurku. A właściwie to po każdej płaszczyźnie, która znajdzie się przed Kocikiem. Otóż Kocik zafundował sobie deficyt snu w wersji ekstremalnej, czyli takiej, w które łączna suma przespanych godzin nie przekracza dziesięciu. Takie sytuacje muszą się wydarzać spontanicznie, bo jeśli chcieć się przygotować do takich atrakcji, to pewnie rozsądek wziąłby górę i Kocik stwierdziłby, że za stary jest na takie akcje 🙂 Wszystko zaczęło się od czwartkowego popołudnia, kiedy to radośnie zaczął się długii weekend w kocikowej rzeczywistości (z uwagi na święto sobotnie). I choć zaliczone zostało wracanie się do pracy (bo okno się ostało otwarte), co wiązało się z wizytą u wspaniałych portierów (co to czoło mają myślą nie skalane, a w oczach tęsknotę za rozumem) i zaowocowało zrodzeniem się przekonania, że Kocik to ma zbyt duże wymagania w stosunku do innych ludzi (np. żeby nie byli kretynami). Weekendowo zaczęło się miło, bo od wizyty kinowej z Hydroptysiem („Obywatel Milk” – styczniowy, oskarowy, zobaczony z opóźnieniem, ale i z zainteresowaniem) i trąbkowieniu się po-filmowym. Kocik żył jeszcze w błogiej nieświadomości, ufając, że weekend spędzi na radosnym byciu domowym, z wystawianiem noska tylko raz na jakiś czas 🙂 Piątek poranny także był spokojny – Kocik podrzucił naręcze papierów do urzędu wiejskiego, wcześniej spędzając uroczą (częściowo) godzinę w teatrzyku, przepisując swój życiorys. Bynajmniej nie chodziło o modyfikację jakichś niechlubnych wydarzeń, lecz o ręczne napisanie tegoż – zgodnie z wymogami urzędu wiejskiego. Niestety Kocik jak szczyl szans nie ma, ale by nie mieć do siebie pretensji o niewykorzystane szanse – szarpnął się na wydruk i ksero co ważniejszych dokumentów.
Popołudniowe lenistwo poobiadowe (sąsiedzi powakacyjni znów zaczęli Kocika rozpieszczać) przerwał telefon od Tej Która Potrafi Patrzeć Całą Sobą 🙂 Zadzwoniła by zapytać, czy Kocik nie zna kogoś, kto chciałby bilet na koncert Madonny, co to sobotnio się odbywał. Że bilet na płytę, że tanio, że szybko sprzedać trzeba. Niewiele myśląc (to nie nowość 😉 ) Kocik skonsultował się z Sąsiadami (co to bilety od maraca mieli) i stwierdził, że raz kozie śmierć, a diabłu ogarek i że jedzie 🙂 Dlatego wieczorem po cudownym spektaklu z Peszkiem i Grabowskimi, wraz z Wilczymi Ślepiami i Jelonkiem pomknął do Patrzącej Całą Sobą. W środku nocy ustalono godzinę wyjazdu i oddano się odpoczynkowi (na chwilę, bo wcześniej trzeba było zobaczyć kilka odcinków przyjaciół).
Sobota zaczęła się wcześnie, zaczęła się kawą i muffinką z bp (sklepy zamknięte, bo purrytańska wioska miała święto kościelne). A potem było już tylko myk, myk, myk i przed 14 samochód stanął na parkingu przy stacji metra. By skorzystać z pogody i stolicznego wyjazdu, pomknęliśmy metrem do centrum, by posilić się przed koncertem i przespacerować jak te światowe ludzie, co to po stolicach się rozbijają 🙂 Potem liczyło się już tylko dotarcie na Bemowo, odstanie się w kolejce do wejścia, przejście przez cztery bramki, dotarcie do swojego kawałka trawy i siedzenie. Siedziało się tak i siedziało…aż do 19.20, gdy inni, którzy zajmowali swój kawałek trawy, zaczęli przeć do przodu, tym sposobem przepychając Kocika, Hydroptysia i Sąsiada o dobre kilka metrów. Od tego momentu można już było tylko stać. Oczekiwanie urozmaicały rozmowy z towarzyszami z prawa i z lewa, pijani rosjanie (na pohybel) i przepychanki z wyżej wymienionymi, a także ponoć arcyznany DJ. Kocik i Hydro nie mają Vivy Zwei, to nie znają się za dobrze, ale ludzkość skakała, znała i śpiewała, to chyba faktycznie nie wyrwali go z pierwszego lepszego klubu 🙂 O 20.40 DJ się zgubił i nastąpił moment długo oczekiwany…próby świateł 😉 Tak sobie próbowano przez dobrych 40 minut, co postanowiłyśmy wykorzystać z H. na regenerację stópek (więc odważnie zanurkowałyśmy na poziom zero, siadając sobie na ziemi :)). O 21.20 na scenę wjechała Królowa na tronie, a potem było tylko lepiej. Widowisko było niesamowite, show na najwyższym poziomie, wszystko perfekcyjnie przygotowane, wyreżyserowane, dograne i dopięte. Doskonali tancerze, świetne aranżacje – o to chodziło! Kocik nie spodziewał się koncertu (nie w przypadku popiku i Madonny), tylko właśnie spektaklu i nie zawiódł się. Ubawił się za to przednio, poskałał i pośpiewał (bo stare hity też były), zobaczył coś, czego pewnie drugi raz w życiu nie zobaczy 🙂 A kiedy na telebimach pojawił się napis „game over” wszyscy grzecznie odwrócili się na pięcie i ruszyli do wyjścia. I to była dopiero długa droga…ludzie byli wszędzie, blokowali przejścia, wyjścia, zejścia, ulice i skrzyżowania. Kocik miał dziki ubaw, szczególnie gdy zobaczył kolejkę do metra – choć to tylko dzięki temu, że Żeluś sąsiedzki czekał grzecznie zaparkowany i po chwili wiózł nas w kierunku domku. Kocik w samochodzie padł i przespał podróż odwarszawską, by o 5.30 przetoczyć się tylko z samochodu do łóżeczka.
Nie dane mu było pospać dłużej jakoś, bo o 10 knajpa przydomowa zaczęła „walić” muzyką, a o 11 zadzwoniła Mysh pytając o wrażenia koncertowe. Niedziela się zaczęła…w planach spokojna i domowa. W praktyce – miło wycieczkowa…Bo i popołudniowo w kwartecie ruszyłyśmy na Jurę. Zaczęło się od „problemów z oponą” (które miała grupa kobiet), wizyty na stacji diagnostycznej, gdzie Jelonek doglądał świstaka, a Mysh, Wilcze Ślepia i Kocik wypiły butelkę wina (impreza była zacna, nawet planowałyśmy zostanie do środy). Sprawnym już świstakiem zlokalizowałyśmy się w Ogrodzieńcu, gdzie Jelonek focił, a my się obijałyśmy, zaśmiewałyśmy, kończyłyśmy wino i toczyłyśmy rozmowy o „majtkach nie do zdarcia” 😀 Posiadówka skałkowa skończyła się uknuciem koncepcji kolacji w Mieście Królów Polskich, gdzie dotarłyśmy po kolejnej godzinie. Krewetki to było to, czego Kocik potrzebował najbardziej na zakończenie weekendu. Potem jeszcze spacerek rynkowo-zamkowy i jazda do domu. Wizja wilczo-ślepiowa pt. zobacz Jelonku jak nasze dziatki grzecznie śpią i głupawka pt. będę wrednym bachorem i zmuszę Was to wytłumaczenia mi skąd się bierze mgła (np.). Potem Kocik faktycznie padł, bo deficyt snu go przerósł kompletnie. I znów tylko przetransportował się z samochodu do łóżeczka, w którym poleżał całe 4,5 godziny 🙂 Ale miło…takie weekendy Kociki lubią najbardziej 🙂

Kocik tylko żałuje, że nie widział manifestujących przed sobotnim koncertem…zdjęcie dla potomności by im zrobił, a tak musi wystarczyć to 😉
z6930406X

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Sierpień 17, 2009 w około-kocikowo