RSS

Archiwa miesięczne: Wrzesień 2009

This could be the first day of my life…

Kocik usłyszał tę piosenkę, gdy spakowany oczekiwał na transport, który miał go wywieźć z rodzinnego domku, na teren strączkowy… Siedział tak sobie na tych kilku torbach (głównie załadowanych książkami, bo w onym czasie nie gromadził nic ponad książki) i nie zastanawiał się jak to będzie i czy sobie poradzi. Po prostu znalazł mieszkanie, spakował rzeczy i wyruszał trochę w nieznane. Choć ze znanym towarzystwem Malinowym. Ciepła sobota to była. Od której jutro miną trzy lata 🙂
Trzy lata, które minęły jak oka mgnienie, które przyniosły wiele zmian… W tym czasie Kocik się wiele nauczył, zagospodarował się nieznacznie, spotkał wielu ludzi (ważnych dla siebie), z kilkoma osobami przyszło mu się pożegnać. Ale takie kocikowe (i nie tylko) życie.
Masa wspomnień łączy się z tym czasem – od samych (pra)początków i koczowania w strączku zastępczym (z zakupami, gromadzeniem dobytku, przechowywaniem dobytku, przenoszeniem dobytku), przez dwa wspaniałe lata u Malinowego boku (tu powinna być opowieść kilkutomowa, ale kto zna, ten wie), po dzień dzisiejszy. Inny to czas, ale w ogólnym rozrachunku – dobry 🙂
To były dobre trzy lata, nawet jeśli dorosłe życie czasami „sucks”, to Kocik nie zamieniłby go na nic innego 🙂
Oby tak dalej, prawda? 🙂
groch

Malinu dziękuję – bo byłaś główną motywacją do tego kocikowego (szalonego) kroku :*

Reklamy
 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu Wrzesień 29, 2009 w kocik oddaje się zadumie

 

Słodki, sentymentalny, spokojny, czyli Kocik weekenduje!

I to weekenduje w najcudowniejszy sposób, najdoskonalszy, najgenialniejszy… Perfekcja w najczystszej postaci – po prostu 🙂 Ale widać piątkowe samopoczucie pt. jest wspaniale, będzie jeszcze lepiej, była dobrym znakiem i wprawiając Kocika w rewelacyjny nastrój zaprogramowała weekend w odpowiedni sposób.
Piątkowa energia, która rozpierała Kocika przełożyła się na kursowanie ze szmatą po strączku i pucowanie go od podłóg po sufity, polerowanie, odkurzanie, układanie, czyli wszystko to, co w porządnym strączku powinno się wydarzyć w czasie wolnym od pracy zawodowej, tak by ten wyglądał (w miarę możliwości) olśniewająco oraz był godny swej właścicielki. Zresztą tym razem czynności porządkowe nie były dopustem bożym – Kocik bowiem cieszył się od południa, że będzie mógł trochę się pouskuteczniać i wybłyszczyć wszystko jak przed wielkanocą. Trudno orzec, czy to tylko oznaka starzenia się, czy może jakieś ruchy kosmicznej energii, lub pierwsze objawy genetycznego obciążenia porządnictwem… najważniejsze, że Kocik od przyjścia do domu wpadł w szał i ze śpiewem na ustach biegał do godziny 19.30. Po szybkim ogarnięciu się pobiegł na dwie godziny moczenia się basenowego (wyjątkowo, bo z uwagi na swoje przygody alergiowo-dermatologiczne miał zakaz wchodzenia do basenu, jednak w obliczu poprawy postanowił nadrobić zaległości 🙂 ). Po przepłynięciu dwóch kilometrów i jeszcze ćwierci był wymoczkiem kompletnym i ledwie powłóczył nóżkami, ale poziom endorfin (nie wiedzieć skąd się biorących) sięgał poziomej zmarszczki na czole kocikowym 🙂
Właściwie w piątek, między jednym odkurzaniem, a drugim myciem, Kocikowi przypomniały się piątki, jakie pamięta ze swego dziecięctwa wczesnego (takiego przedszkolnego). Piątki jesienne i zimowe Kocik pamięta najlepiej, bo wtedy temperatura panująca na zewnątrz dawała poczucie przytulności w domowej kuchni, gdzie było ciepło… parno wręcz, bo był to moment, w którym kocikowa rodzicielka spełniała się w roli matki. Piątkowa kuchnia była więc już wysprzątana, a w piekarniku wydarzały się już jakieś cukiernicze cuda. W tle grała sobie trójka i lista przebojów Niedźwiedzkiego, który promował w naszym szarym i marnym kraju odrobinę dobrej muzyki. Kocik siedział przyklejony do stołu z obrusem w biało-brązową kratkę i uchem przyklejonym do kuchennej unitry… Jakoś tak było przytulnie i beztrosko, a wszystko wydawało się być usłane różami.
Nom… sobotnio Kocik obudził się poczuciem cudownego nie-za-planowania i wolności w tym, co i kiedy będzie robił 🙂 Tradycyjnie więc poczłapał na śniadanio-kawo-gazetowanie się sąsiedzkie, które z uwagi na późną porę rozpoczęcia przeciągnęło się do wczesnego popołudnia 🙂 Właściwie jedynym planem sobotnim było upieczenie ciasta drożdżowego, którego Kocikowi bardzo się zachciało, po zeszłotygodniowym smakowaniu ciasta jurajskiego. Kocik więc uknuł plan zakupowy (który w większości zrealizowali sąsiedzi), wystarał się o przepis (bo jego karteluszek ostał się w domu rodzinnym i zaginął! a Kocik pamięta nawet na jakiej kartce był – biało-niebieskiej, zapisany czerwonym cienkopisem, poplamiony i trochę rozmazany…ale pełen wspomnień!), ustalił z sąsiadami, że zakradnie się do ich kuchni, by ciasto upiec (bo sam pozbawion jest piekarnika, co spowodowało przerwę cukierniczą-już prawie trzyletnią!). By ciasto wyrosło trzeba mu odpowiednio wysokiej temperatury, więc Kocik pomyślał sobie, że najpierw poprasuje, a potem jeszcze dodatkowo podgrzeje atmosferę palnikami kuchenki 🙂
Z ciastem drożdżowym oczywiście też mu się masa skojarzeń narzuciła… Bo choć rodzicielka zdolna jest ogromnie, to do drożdżowe nigdy i za żadne skarby wyjść jej nie chciało. A to zaczyn nie wyrastał, a to ciasto nie miało ochoty zwiększać objętości, a to już w piekarniku zmieniało się w coś płaskiego i podobnego do podeszwy. Mistrzem drożdżowego zawsze była rodzicielki siostra, która w czasie wakacyjnym produkowała je na potęgę. Więc pierwszy smak domowego ciasta drożdżowego, to soboty i niedziele na ogrodzie Gabuli. Jeszcze ciepłe, z jabłkami lub ze śliwkami…zapijane herbatą Yunan. Kocik zażerał się tym ciastem bez opamiętania, aż w końcu stwierdził – trzeba przenieść tradycję drożdżowego na własny grunt i poprosił o przeszkolenie. Pierwsze drożdżowe upiekł pod okiem Gabuli, trochę podglądając, trochę własnoręcznie działając. A potem zapisał proporcje i rzucił się na głęboką wodę. Tfu, tfu…od sześciu czy siedmiu lat, od których piecze drożdżówy, wychodzą zawsze jak złoto 🙂 są zupełnie inne w smaku od tych Gabulowych, ale są jakieś takie…kocikowe 🙂 I póki Kocik robił je w domu rodzinnym, zawsze musiał zrobić go więcej, bo rodzicielka jego uwielbiała wyjadać ciasto na surowo. Kocik zawsze udawał, że go to złości i pyszczył, a Rodzicielka niby prosiła i się droczyła.
Kiedy Kocik wyniósł się z domowych pieleszy i zamieszkał we własnym gospodarstwie domowym, okazało się, że piekarnika niet. Tym samym skończyło się ciastowanie. Ale do czasu… Bo w sobotę Kocik ponownie zanotował przepis (teraz na kartce biało zielonej, długopisem) i pobiegł po śliwki 🙂
Plany kuro-domowe odłożył na moment, ponieważ niespodziewanie odezwał się DiGi*, który weekendowo odwiedził kocikowy grajdołek. W obliczu nieskrępowania planowego Kocik ochoczo przystał na zaproszenie kawowe i możliwość spotkania po czterech długich miesiącach. Popołudnie sobotnie upłynęło (miast na przygotowywaniu ciasta) na kawowaniu, obiadowaniu, a wreszcie oglądaniu wystaw graficznych, bo DiGi zatęsknił za wielkim światem, a Kocik i tak miał zamiar oglądnąć… Pomaszerował więc w jego towarzystwie do najdroższego przystanku tramwajowego (czasami wykorzystywanego jako galeria) oraz BWA, by zobaczyć tam mniej lub bardziej przemawiające do niego prace (ale jak to orzekł DiGi kilka wzorów na pościel by się znalazło 😉 ). Kocik lubi spotkania z DiGi, bo zawsze dowie się czegoś nowego i rozweselającego (do dziś śmieszy go wspomnienie o bohaterze powieści, którą DiGi czytał – nauczyciel informatyki, który w obliczu końca świata zostaje uratowany przez wielkiego, oślizłego ślimaka i trafia do Skandynawii). To zaskakujące i arcymiłe spotkanie wprawiło Kocika w jeszcze bardziej szampański nastrój, w którym wrócił do drożdżowych planów. Wcześniej prasując (by nagrzać przestrzeń) i ogarniając rzeczywistość praniową (niech żyje proza życia!). Następnie Kocik oddał się z pasją przygotowywaniu zaczynu, zagniataniu ciasta, drylowaniu śliwek, podglądaniu czy ciasto rośnie, rozkładaniu go na blasze…by wreszcie załadować je na 40 minut do pieca. Piec sąsiedzki zapewnia atrakcje pt. wygrzeję Ci stópki (by domknąć jego drzwiczki, trzeba opierać na nim stópki 🙂 ).
W sąsiedzkiej kuchni rozniósł się zapach ciasteczka, które rozkroiliśmy tuż po powrocie Sąsiada i Hydrysia 🙂
Wieczorne lenistwo dopełnił Kocik filmowo, by zasnąć snem sprawiedliwego Kocika o porze dość wczesnej 🙂
Niedzielnie (choć obudzony brutalnie) nadal nastrój był wysoko powyżej średniej, co poprawiła kawka przedpołudniowa z Hydrysiem. Czas tak sobie mijał, Sąsiad i Jelonek pracowali, my plotkowałyśmy, aż wpadłyśmy na pomysł, by ściągnąć trzeciego uczestnika babskiego posiedzenia. Zakapelusznikowany Pawian pojawił się po czasie niedługim i usadowił się z nami, pochlipując herbatę z czerwonej filiżaneczki (obiektu zazdrości powszechnej). Kocik znów się przyłapał na wspominaniu – czym nawet podzielił się z resztą towarzystwa. Otóż w dzieciństwie jeździł do Babci (ze strony rodziciela kocikowego), gdzie dość konserwatywnie traktowano role społeczne. I choć to kobiety rządziły sprawami wszelkimi, to stwarzały pozory, że jest odrobinę inaczej. Więc gdy zjeżdżaliśmy w niedzielę (około 15) w babcine progi, to męscy reprezentanci (dziadek i wujkowie) siadali w pokoju i przy kawie oraz cieście grali w skata. Kobiety zaś (babia i ciocie) i dzieci okupowały kuchnię, gdzie nad podobną kawą i ciastem (dzieci nad herbatą lub oranżadą Krzyś) opowiadały o wydarzeniach poprzedniego tygodnia. Szczególnie miło było zimą, gdy paliło się w piecu, a do herbaty dodawano sok z porzeczek, przygotowany latem przez babcię i sokowirówkę. Złote były to czasy, gdy na stole pojawiały się babcine wypieki (mistrz nad mistrze) – szczególnie te w wersji mikro: ciasteczka, wiatraczki z powidłami, bułeczki. Zajadaliśmy się okrutnie. Jako dzieci czasami wchodziliśmy do pokoju, by rozłożyć się na ogromnym tapczanie i także pograć w karty. Karty, które miały na swoim koncie nie jedną partię i pamiętały dzieciństwo naszych rodziców. Graliśmy tak długo, aż w końcu nie zaczęliśmy palić. Wtedy bardziej cieszyły nas spacery z psem 😉
To karciano-niedzielne wspomnienie zmotywowało Kocika do pokicania do własnej kuchni. W jej czeluściach znalazł dwie talie cudnych kart, które po chwili już się tasowały. Łącząc tradycję i nowoczesność – kuchennie i kobieco zagrałyśmy w remika 🙂 Wnioski kilku rozrywek są jasne – Sąsiada trzeba pilnować, Hydrysiowi patrzeć na ręce, a Kocikowi niosą suknię z welonem 😉
Lenistwo niedzielne przerwał kocikowy pomysł, by wykorzystać resztę drożdży, które się ostały po sobotnich pracach. Tym sposobem po dwóch godzinach na stole wylądowało gorące ciasto ze śliwkami part 2 (i tu kolejne skojarzenie – dziadek kocikowy zawsze powtarzał – takie niezdrowe! ciasto można jeść dopiero następnego dnia, bo inaczej szkodzi na żołądek. Kocikowa rodzicielka jadła zawsze czerstwe pieczywo i wypieki i co? I jej ojciec szczęśliwie nie ma już woreczka żółciowego – choć ciepłym ciastem nigdy się nie skalał 🙂 ). Do niego Kocik przyniósł butelczynę wiśniówki, którą zmajstrowała kocikowa rodzicielka… Rozpusta sięgnęła zenitu… A może stało się to dopiero wtedy, gdy zalegliśmy kanapowo i zobaczyliśmy film na koniec dobrego weekendu?
Nieważne. Było bosko. Przytulnie, ciepło i bardzo skojarzeniowo… Wreszcie jakieś dobre skojarzenia 🙂
babcia 393
*czyli jak sam sobie zażyczył: człowiek o dożywotnim tytule paciuloka tego roka 😉

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu Wrzesień 27, 2009 w kocikowi się marzy

 

Na dobry weekend (i nie tylko) – part 2

Kocika rozpiera dziś energia („bo dzisiaj czuje się jak lew”), choć zarwał trochę nocy, zaspał i co tylko… Ale nosi go i wodzi, więc już snuje plany popołudniowo-wieczorne. I choć prozą życia zalatuje, to Kocik nadal czuje się jak lew i podryguje wewnętrznie. A na dobry weekend i nie tylko coś w zupełnie innym klimacie. Zawias sprzed dobrych dziewięciu miesięcy 🙂

*po pytaniu Hydrysia pt. „Kocik, ale o co chodzi z tą niebieską piłką”, pragnę zaznaczyć, że warto mieć włączone głośniki 🙂 bo nie chodzi o to, że kula się rusza, albo owieczki pasące się, kula też nie wybucha… po włączeniu głośników słychać głos pewnej piosenkarki, co to kiedyś była łysa, a która wzięła udział w projekcie jednego faceta, co to kiedyś był w zespole Genesis 😉
Niemniej – Hydrysiu – powaliłeś mnie (między innymi tym pytaniem) 😀

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Wrzesień 25, 2009 w kocik oddaje się zadumie

 

Powroty, spotkania po latach, jesienny life :)

Jesień, jesień… a Kocik czuje się właściwie wiosennie i energetyczne pokłady wydobywa z siebie. Choć ostatnie dni były iście szalone pracowo i kocikowy żywot kręcił się wokół działań zleceniowo-tekstowych, przez co Kocik przykleił się do fotela przed komputerem, to nadszedł radosny kres spraw „na wczoraj” i nadszedł radosny moment, gdy w tunelu pojawiło się światełko… Światełko zalśniło we wtorek i Kocik urządził sobie cudowne śród-tygodniowe wakacje. Czyli po odpracowaniu obowiązków etatowych rzucił się w wir spotkań z osobami dawno niewidzianymi.

Zaczęło się od wtorku kamalowego i czterech godzin przetrajkotanych nad kawami, koktajlami, soczkami. Etap rozgadania sięgnął zenitu, gdy pojawił się ból gardła. Niesamowicie miło było Kocikowi móc spotkać się ze starą, dobrą Kamalą, wróconą do życia – z jej wariactwem życiowym wszechogarniającym (zawsze wiedziałyśmy, że to Kocik ma mentalność czterdziestolatki, a Kamala wbrew metryce jest „poszczelona”). Dobrze było się na- i wygadać za ostanie pół roku spotkaniowych ograniczeń… Tym bardziej, że jeszcze nie tak dawno gadanie uskuteczniane było dzień w dzień. Wspaniale było poczuć ten dziwny rodzaj korelacji i porozumienia. Kocika bardzo odprężyło to spotkanie i ucieszyło wielce… bo przypomniało to, co dobre było w starych czasach 🙂 A wiadomo, że znamy się od czasów pierwszej wyprawy krzyżowej, a może nawet epoki lodowcowej, więc miało się co przypominać. Teraz należy ufać,że do skutku dojdzie spotkanie w większym (dawnym) gronie i ściągnie się Miss Bon Ton oraz Tę, Która Potrafi Patrzeć Całą Sobą 🙂

Drugi dzień wakacji minął na kolejnym odkurzaniu znajomości dawnych, acz miłych, bo Kocik zawitał do Pani Konstruktor, z którą zetknął się w ramach pierwszego etapu podyplomowych zmagań. Choć umawianie się trwało rok (a pretekstem miało być nowe mieszkanie i nowy kot – który stał się w tym czasie już całkiem dorosłym kocurem), to wreszcie doszło do skutku i Kocikowi udało się dotrzeć w (pozornie) odległe okolice, choć oswojone w jakimś stopniu… Przecudne pogaduchy nad zupą brokułową, winem, kawką. O życiu i chorobach, o tym co wydarzyło się w ciągu roku (m.in. Pani Konstruktor zapuściła włosy, a Kocik je ściął radykalnie 😉 ), a co mogłoby się wydarzyć w czasie przyszłym. Wspólne tematy nie chciały się kończyć i jedynie kinowe plany wieczorne wygoniły Kocika w kierunku domowym… Bo w przeciwnym wypadku pewnie by wypróbował kanapę Pani Konstruktor 🙂
Ale trzeba sobie dawkować przyjemności… póki co niezobowiązujące plany rewizyty i tego trzeba się trzymać 🙂
A całość doprawiona cudnymi kawkami sąsiedzkimi, sałatkami, przyjaciółmi… Kocik odżył 🙂

W ciągu dwóch dni Kocik o mało co nie został właścicielem Kocika bengalskiego, lecz zwyciężył zdrowy rozsądek i troska o Wilcze Ślepia 🙂 Więc nowi lokatorzy muszą poczekać z objawieniem się w strączku 🙂

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu Wrzesień 24, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Bilans musi wyjść na zero…

…a w przyrodzie musi być równowaga, dlatego Kocik postawił na weekend doskonale zbilansowany. A był to weekend długo wyczekiwany, były odliczane nie tylko godziny, ale w piątek już nawet poszczególne minuty – a to wszystko za sprawą pewnego linka, którego Kocik dostał od Syrenki Warszawskiej*. Link ten sprytny stanowi żywy (choć wirtualny) dowód na to, że czas pracowy płynie sobie cierpliwie i każda chwila zbliża nas do kolejnego sobotnio-niedzielnego odpoczynku.
Więc kiedy Kocik (w towarzystwie pracowym) się wreszcie doczekał radosnego TAK, miał już uknuty w łebku plan, jak wykorzystać każdą minutę wolnych dwóch dni 🙂
Owszem w planie pojawiło się widmo działań pracowych, ale uwaga Kocikowa skupiona była na radosnych przerywnikach, które pracowe widmo czyniły mniej przerażającym i które w ogólnym rozrachunku każą zapisać przy mijającym weekendzie duży plus.
Więc praca sobie miała miejsce, kolejne stronniczki wskakiwały w kocikowe łapki i były przeklikiwane w odpowiednie miejsca, czasami nawet Kocik tak zapamiętale oddawał się działaniom, że tracił kontakt z rzeczywistością. Najważniejsze jednak, że odzyskiwał ją w najodpowiedniejszych momentach, by się rozerwać 🙂
Rozrywanie zaczęło się od poranka sobotniego, który (tradycyjnie) spędził nad kawką, gazetką i śniadankiem wraz z Sąsiadem i Hydrysiem. Sobota to dzień święty, w którym takie meetingi są możliwe (w tygodniu każde z nas wstaje i wychodzi o innej porze, nawet jeśli część z nas zaczyna pracę o tej samej godzinie 😉 ) i gdy tylko nic nie staje nam na przeszkodzie (praca, wesela, uderzenie meteoru w drukarnię agory) – kultywujemy kamieniczne zwyczaje. Na słodkim lenistwie upłynął nam słoneczny poranek i pełni energii przystąpiliśmy do pracy… a niektórzy przystąpili do trawienia czas (a co! też im się należy).
Kolejne przerywniczki (spacerowo-kolacyjno-rozrywkowe) pozwalały nam nie zwariować i zmotywować się odpowiednio na sobotnie fik-fikanie w DwaBeTrzy, które całe szczęście jest blisko jak biedronka i serwuje repertuar, który nam odpowiada w stopniu potrzebnym do rozdeptywania parkietów. Więc późnym wieczorem wraz z Hydrysiem podreptałyśmy na balety, by nieco się rozerwać tanecznie (Sąsiad już, już miał się skusi, ale gdy dowiedział się, że mamy zamiar tańczyć, wolał oddać się pracy).
Ale sobota była li tylko przygrywką do niedzielnych planów wycieczkowych, które urodziły się jakieś dobre 20 godzin przed weekendem, podczas wieczornej kawki (firmie Hydrysia dziękujemy za ekspresowego złoma! jak on nas integruje! jak dzięki niemu wzrasta spożycie mleka w naszym mieście!).
Wówczas to Hydryś zaproponował, byśmy wybrali się na przebieżkę leśną i zbieranie grzybów. W kocikowej głowie pojawiło się wspomnienie pewnego (jeszcze studenckiego) wyjazdu, gdy to pojechaliśmy na próbę sąsiedzkiego zespołu. Z uwagi na nadmiar pasażerów, Operzyca jechała w bagażniku, co nie przeszkadzało jej prowadzić ożywionej konwersacji (póki nie zaczęło jej brakować tlenu). W pewnym momencie zapytała: ej! a może pojedziemy na grzyby? Na nasz śmiech stwierdziła, że to chyba nie jest głupi pomysł… Co skwitowaliśmy, że w porównaniu z pomysłem jazdy w bagażniku lanosa, to to jest wręcz pomysł genialny.
Niemniej i wracając do współczesności, do pomysłu grzybiarskiego przekonała się także rodzicielka kocikowa (która na grzybach się zna) i tak silną grupą pod wezwaniem ruszyliśmy niedzielnym rankiem.
Nie jesteśmy ortodoksyjni i opieramy się tendencjom, które każą jechać na grzyby najpóźniej o 6 rano. Spokojnie ruszyliśmy po 9 i tak będąc przekonani, że to barbarzyńska pora na ruszanie się gdziekolwiek (z własnej woli!). Po konsultacji dowiedzieliśmy się, że „ciocia Hania jeździ za M. i tam są grzyby!”. Więc ufając informacji i doświadczeniu cioci Hani – ruszyliśmy w świat szeroki. Plany pokrzyżowały nam objazdy w M. i finalnie trafiliśmy w miejsce, w które ciocia Hania na pewno nie jeździ, bo grzybów było jak na lekarstwo. Ale za to było miłe przedpołudnie i szlajanie się po lesie, grzebanie nóżką w runie, rozglądanie się po świecie i dysputy w jesiennym słońcu. Nie jesteśmy całkowitymi nieudacznikami i honor grzybiarzy został uratowany, ponieważ z Hydrysiem znalazłyśmy kilka nietrujących okazów, które wylądowały w torbie. Pierwsze znaleziska ochrzciliśmy mianem „świętych grzybów”, które ususzymy w ramach rytualnych działań domowych. Przy okazji spaceru leśnego poskubaliśmy jagód i borówek, polustrowaliśmy równie puste kosze innych leśnych ludzi i zgodnie stwierdziliśmy, że po takim wysiłku trzeba się zregenerować. Zresztą taki był plan i grzyby były tylko preludium do ruszenia się w kierunku jurajskim, na grillikowe specjały.
Po – bagatela – godzinie dotarliśmy na miejsce i zaczęło się szaleństwo… Kocikowa rodzicielka prócz strawy na już zrobiła zapasy na tydzień (bo miejsce serwuje domowe ciasta, swojskie wędlinki i pieczywo), my zresztą też się skusiliśmy i w ramach rozpusty kupiliśmy boskie ciasto drożdżowe (ach jak ono smakowało do niedzielnej kawuni).
Zresztą pałaszując drożdżówkę jurajską Kocik stwierdził, że dość tego lenistwa i w przyszłą sobotę piecze ciasto ze śliwkami! Pogoda ma się zepsuć od czwartku, więc miło będzie posiedzieć w ciepłej kuchence, zjeść cieplutkie ciasteczko, popić mlekiem i zakopać się na kanapce, by „wciągnąć” kilka odcinków „Przyjaciół” 🙂
grzyb_20b
A w temacie grzybiarskim…to pracując Kocik zapodał sobie „Marię Awarię” i znalazł bardzo adekwatny utwór. Chodzi więc i nuci zapamiętale 🙂

*Syrenko Warszawska – ciekawe, czy mnie utłuczesz za to pseudo 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Wrzesień 20, 2009 w około-kocikowo

 

Na dobry weekend i nie tylko:)

Jak pisałam – Kocik buszuje i nadrabia braki… Dziś zaglądnął do Michała Mrozka i w jednym z wpisów znalazł poniższą ilustrację… Ufam, że Michał wybaczy to „za-hubienie”* – wszak ku chwale i radości pozwalam sobie na ten blogowy cytat 🙂
szczescie
No i wszystko jasne!

*hubą została onegdaj nazwana Operzyca, bo operowała (sic!) masą cytatów i kryptocytatów… a że my chętnie z nich korzystaliśmy, zostaliśmy nazwani „hubami hub” 🙂 stare dzieje 😉

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu Wrzesień 18, 2009 w około-kocikowo

 

Coco w skórze Audrey, czyli Kocik się krzywi

Ten wpis powinien się zaczynać ostrzeżeniem: Kocik Zielony ostrzega – jeśli jesteś fanem pani Audrey Tautou, nie czytaj dalej, tylko idź sobie zrobić kawę/herbatę, zobacz co ciekawego proponuje telewizja i o czym piszą na Pudelku.
Teraz czas na krótką pauzę, by wielbiciele się oddalili z kocikowych przestrzeni, bo to za moment ukaże się Waszym oczom (drodzy nie-fani), byłoby dla tych pierwszych bluźnierstwem (pewnie).
tautou-coco-chanel-FL
Kocik i Hydroptyś są nieco opóźnione w oglądaniu filmów i część „nowości” oglądają w wersji dla spóźnialskich, czyli w miejskim kinoteatrze, który raz na jakiś czas serwuje smakowite powtórki. Tak było ostatnio z „Obywatelem Milkiem” (o nim Kocik też pewnie napisze wkrótce), tak też było wczoraj z filmem „Coco Chanel” (a właściwie „Coco avant Chanel”, co zasadniczo zmienia postać rzeczy i powoduje, że część widowni pewnie odpuściłaby sobie wizytę w kinie, ale nie uprzedzajmy…bo ani Kocik, ani Hydro do tej części nie należą).
Tak czy inaczej w radosnym duecie pokicałyśmy wczoraj na popołudniowy seans (Hydroptyś nawet przybiegł strudzony po pracy i pociachany sekatorem), by porozkoszować się obrazem o wielkiej Coco Chanel. Jak na kinoteatr i fakt, że było to ostanie popołudnie z filmem, który swoją premierę miał jeszcze przed wakacjami, na widowni było wyjątkowo tłoczno. Ale część oglądających wyraźnie przybyła ot tak, dla zabicia nudy, bo zażerała się cukierkami, wbijając się w ścieżkę dźwiękową filmu. Albo nie załapała się na projekcie w multipleksach, bo prawdą jest, że film dość szybko zniknął z repertuarów.
„Coco avant Chanel”, to obraz pokazujący początki Gabrielle Chanel i jej drogę do stania się projektantką znaną, uznaną, rozchwytywaną, ikoną mody po prostu i w rzeczy samej. Ci, którzy się spodziewali się filmu o Coco-projektantce srodze musieli się rozczarować, bo przed dwie godziny oglądali filmową opowieść o narodzinach kobiety, która zrewolucjonizowała modę. Film więc przepełnia aura Francji początku XX wieku, nieustannie oglądamy zabawy ówczesnych elit, trawiących czas na przyjemnościach i rozrywkach wszelkiej maści… wszak kalanie się pracą było w złym guście. Widzimy też młodą Gabrielle (Coco) Chanel, która uczestniczy w tych rozkoszach pańskich na prawach utrzymanki, niby ekstrawaganckiej i z własnym zdaniem, lecz uległej i przedkładającej swoje szczęście (sic!) nad godność (w kocikowym odczuciu).
Film o kobiecie, która „paliła” gorsety (sic!), która rewolucjonizowała i była anarchistką ówczesnej mody (takie określenie pada nawet w filmie), pokazuje tylko miałką Tautou, która w swym eterycznym rozmemłaniu nie potrafi zrobić niczego sama, bez męskiej protekcji.
Owszem można stwierdzić – takie czasy, takie miejsce w dziejach naszej planety… Kocik pewnie byłby pokorną kuchtą, która nie wyściubia nosa z kuchni i trzyma się kurczowo swoich obowiązków (och jak wdzięczny jest losowi, że obecne wcielenie przypadło na nieco bardziej normalne – choć bez przesady – czasy). Ale mimo wszystko kiedy słyszy określenie anarchistka – rewolucjonistka w odniesieniu do osoby, która swoją karierę zawdzięcza pieniądzom kochanka (kochanków), to jakoś mu się tak mdło i dziwnie robi.
W jednej ze scen Coco-Tautou ucieka od swego „sponsora”, by szukać szczęścia w Paryżu, lecz napotkawszy pierwsze trudności, wraca kornie do swej roli towarzyszki dworskiego życia. Tak długo ją pełni, póki na horyzoncie nie pojawia się kolejny (docelowo – fundator jej pierwszego salonu z kapeluszami; owszem po kilku latach spłaciła długi u Arthura Capela).
No i znów Kocikowi robi się mdło…sam nie wie od czego – od historii jako takiej, czy od meduzowatej pani Audrey? (tak,tak – bez bicia Kocik się przyznaje, że nie jest jej fanem).
Kocik wie, że czasami bywa tak, że cel uświęca środki, choć sam nie jest zwolennikiem takich działań i pewnie dlatego nigdy nie zostanie słynnym projektantem… a nie… po prostu nie ma talentu 😉

W tym wszystkim Kocikowi przypomniał się wspominany film o Piaf…no i cóż…autorom „Coco avant Chanel” można tylko powiedzieć „z czym do ludzi drodzy państwo?”. I choć oczywistym jest, że kaliber biografii inny, że może materiał nie tak szokujący…ale trudno Kocikowi wierzyć, że w historii Coco jest miejsce tylko dla łzawych spojrzeń pani Tautou.
Ale ogólnie to Kocik miło spędził popołudnie filmowe 🙂
coco-chanel2