RSS

Archiwa miesięczne: Październik 2009

Na dobry weekend part. 5 (chyba) :)

Kocika tak wczoraj rozbawiły wspominki i buszowanie w sieci w poszukiwaniu staroci, że postanowił zamieścić jeden smaczek, który szczególnie go ucieszył. To były beztroskie czasy…i takiego weekendu Kocik życzy, kicając w kierunku spoczynku 🙂

Reklamy
 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 24, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Kocik się realizuje,czyli lewitująca dynia :)

No dobrze…trzeba to przyznać otwarcie i powiedzieć bez ogródek. Kocik wpadł. Wpadł po uczy, jak dwa grzyby w barszcz i śliwka w kompot. Nawiązania kulinarne są tu nie bez przyczyny, bowiem Kocik wpadł w totalny etap kulinarny. Taki w wersji hard i absolutne ekstremum, więc gdyby mógł, to zrobiłby zupę krem ze starego kalosza, a ciasto upiekł z cementu.
Ale nie chodzi o sam fakt mieszania, szatkowania, miksowania, dlatego takich szaleńczych pomysłów Kocik nie wprowadza w czyn i jednak ogranicza się do składników jadalnych, przyswajalnych i niegroźnych dla potencjalnych konsumentów. Dlatego jakiś czas temu wymyślił sobie krem z papryk, jako antidotum na jesienną szarzyznę. Papryki są dla Kocika strawne tylko w dwóch postaciach – jako faszerowane i pływające w sosiku pomidorowym* (mlask – uczynione w środę) oraz jako zupka, czyli czerwone papryki przerobione na zawiesisty i aromatyczny kremik, rozpływający się w mordce od pierwszej do ostatniej łyżeczki. Gdyby Kocik się nie diecił, to do kremu podawałby bułeczki zapieczone z parmezanem, a tak wciąga grzecznie wersję solo i napawa się słodkawym smakiem zupki, który kryje sobie nie tylko nieobecne już słoneczko, ale i letniość w najdoskonaleszej postaci…oraz kilka ząbków czosnku 😉 **
W ramach prób deserowych Kocik uczynił magię pt. ciasto dyniowe – odsłona pierwsza. Wykorzystał wspominany przepis Tatter, zakupił składniki i stwierdził…że dynia jest tajemnicza, trudna i twarda. Obrać się ją da chyba za pomocą papieru ściernego, a chęć pokrojenia wymaga wypożyczenia piły tarczowej. Ale Kocik twardy jest, jak się zaweźmie, to nie ma siły, by odstąpił od swoich zamiarów. A poza tym skoro już uświnił sobie całą kuchnię dynią, pocharatał sobie łapki trąc ten wynalazek szatana i obiecał niektórym degustację, to choćby dynia była kulą ognistą – postanowił ją pokonać 🙂 Owszem Kocik stwierdził, że dynia ma umiejętności lewitowania, bowiem nie wiedzieć jak i dlaczego znajdowała się w różnych częściach kuchni, a bynajmniej Kocik nie spacerował z pełnymi garstkami i nie rozsypywał jej ot tak dla zabawy. Dynia więc polewitowała, podobnie jak masło, które postanowiło odbyć podróż po kuchennym stole – zamiast dać się zmiksować, jak na porządne masło przystało 🙂 po tych bojach z produktami różnymi, Kocik szczęśliwie zapakował foremkę do piekarnika, a w sąsiedzkiej kuchni rozległ się zapach iście świąteczny (bo do ciasta dodaje się przyprawy korzenne i pomarańczkę). W oczekiwaniu na wypieczenie się tego cudu, sąsiedzko zaglądaliśmy w różne (internetowe) okolice i odkurzaliśmy wspomnienia z dzieciństwa. Kocik dowiedział się co na prawdę śpiewało dziecię, które zaczynało „Domowe przedszkole”, odkryliśmy mechanizm ruszania oczami Meluzyny, a w końcu zasłuchaliśmy się w obciachowej muzyce lat 80. i 90., z rozrzewnieniem przypominając sobie czymże ona dla nas była 😉 Pewnie by nas tak sentymenty pochłonęły, gdyby nie to, że po 40 minutach Kocik wyciągnął ciasto, skropił pomarańczowym sokiem, obsmarował serowo-maślaną pomadą i podał do spróbowania. No…i przyznać trzeba, że przepis jest cudowny, a ciasto jeszcze lepsze. Faktem jest, że słodkie jak jasny gwizdek i po jednym kawałku Kocik poczuł, że właśnie zjadł limit cukru na miesiąc, ale jest warte grzechu. Co zresztą zgodnie potwierdzają wszystkie „króliczki” (doświadczalne) 🙂 Kocik nie wiem czy z grzeczności, czy z uwagi na stan faktyczny…ale tak czy siak wpisuje ciasto na listę – Kocikowy specjał 🙂 I już planuje robienie dżemów i konfitur z dyni, by kilka blaszek upiec świątecznie i zimowo, no takie ciacho doskonale wpisze się w plan leniwych, zimowych wieczorów 🙂
Póki co jednak – po próbie generalnej – Kocik szykuje się do upieczenia tego ciacha w przyszłą sobotkę na zaplanowane party 🙂 Na wszelki wypadek – z podwójnej porcji 🙂

* papryczki faszerowane są proste jak kiełbasa (lub okrąg – w wersji dla wegetarian). Wybraną ilość papryczek pozbawiamy nasionkowego wnętrza i gotujemy przez około 15 minut. Po wyjęciu ich z wody nakładamy wcześniej przygotowany farszyk (ryż – może być brązowy, zmieszany z mocno wysmażonym i zdecydowanie doprawionym mięskiem oraz natką pietruszki). Nadziane papryczki wkładamy do garnka z sosem (do bulionu warzywnego dodajemy pomidory z puszki lub przecier, doprawiamy czosnkiem, pieprzem i zabielamy jogurtem). Tak podgrzane papryczki serwujemy głodomorom 🙂 Można je także zapiec w naczyniu żaroodpornym, a na ich wierz zetrzeć nieco sera 🙂 )
** zupka krem – jeszcze banalniejsza sprawa 🙂 Do bulionu (warzywnego, mięsnego) dodajemy pomidorki z puszki, ugotowane papryki (im więcej tym zupa bardziej kremowa), a następnie całość miksujemy blenderem na gładką masę. Dodajemy 2-3 ząbki czosnku, pieprz, czosnek granulowany, jogurt naturalny do zabielenia 🙂 Dla fanów grzanek – można przygotować grzaneczki (z bagietki na przykład lub ciabatty). Przed podaniem można posypać pietruszką lub ozdobić kleksem jogurtu 🙂 Pyszne, pożywne, wypełniające brzuszek i rozgrzewające w sekundzie 🙂
Poleca Kocik Paprykowy…zielony znaczy 🙂
257

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Październik 24, 2009 w kocik-kuchcik, około-kocikowo

 

Kocikowy sposób na rozgrzewkę :)

Spokojnie, spokojnie…nie, Kocik nie będzie się rozpisywał o porannym zestawie ćwiczeń, ani o hartujących marszobiegach do pracy, ani nawet o termoforku, który zapewnia rozkoszne ciepełko 🙂 Kocik napisze o czymś, co wykombinował sobie kilka lat temu, po zobaczeniu filmu „Czekolada”, który go zauroczył wielce i zapadł w kocikową pamięć na długo. Otóż wykombinowana została czekolada na gorąco, usiłująca być czymś takim, jak napój przygotowywany przez panią Binoche, który nazywa tam czekoladą Azteków 🙂 Owszem prawdą jest, że mało to dietetyczne i póki co Kocik wzbrania się przed przygotowaniem tego cudu, ale jeśli komuś wyjątkowo jest zimno, szaro i jesiennie, to taka czekoladka będzie w sam raz. Dla niezdecydowanych, tudzież skłaniających się do innych form utrzymywania ciepła, dodać należy, że czekolada to nie tylko dostarczyciel endorfin, ale i afrodyzjak…więc do dzieła 🙂
Jeśli ktoś jest oporny kulinarnie (i na przykład „lepiej całuje niż gotuje”*), to Kocik zaprasza 🙂 po uzgodnieniu terminu z radością ugości takim cudeńkiem 🙂
Kilka składników na czekoladkę w wersji pikantnej:
Tabliczka gorzkiej czekolady (najlepiej 80% lub 90% kakao), puszka mleka skondensowanego (zagęszczane, niesłodzone), cukier biały lub trzcinowy (około 2 płaskich łyżek), cukier waniliowy, szczypta cynamonu, szczypta chili, szczypta gałki muszkatołowej, mleko co najmniej 2% (do ewentualnego rozrzedzenia czekolady). Dla fanów połączenia smaku czekolady z pomarańczą – ciut skórki pomarańczowej, dla fanów rozgrzewania natychmiastowego – kilka kropel wiśnióweczki (domowej roboty 😉 ).
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, dodajemy cukier, cukier waniliowy i mieszamy aż cukier się rozpuści. Następnie dodajemy mleko skondensowane, jeżeli czekolada ciągle jest za gęsta dolewamy zwykłe mleko 🙂 Na sam koniec (tak, to już wszystko!) dodajemy przyprawy oraz ewentualne bonusy pomarańczowo-wiśniowe 🙂
Całość chwilę powinna poprzebywać razem w garnku, nim przelejemy czekoladę do filiżanek. W wersji ultrakalorycznej na górę można położyć „czapeczkę” ubitej kremówki 🙂
Wyśmienicie smakują do tego ciasteczka korzenne, które można sobie chrupać do takiego przysmaku.

To kto chętny? 🙂
czekolada_popup
* napisik zaczerpnięty z pewnego magnesiku, który pojawił się na drzwiach pewnej lodówki 😉 uroczy 🙂

 
6 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 16, 2009 w kocik-kuchcik, kocikowi się marzy

 

Cztery pory, czyli Kocik węszy spisek!

Dawno, dawno temu, gdy świat jeszcze nie było opanowany przez technologie, ludzie na wakacje jeździli nad morze (lub w góry), a nie na świata drugi koniec (o ile nie byli odkrywcami lub antropologami), zaś słońce nie świeciło tak kaprawo, jak teraz…na świecie istniały cztery pory roku, które następowały po sobie w odpowiedniej (znanej wszystkim) kolejności. Wszyscy – od dzieciątek w kołysce, po staruszków zasuszonych – wiedzieli, czego po danej porze roku spodziewać się można. Wszelkie anomalie (jak te, które towarzyszyły kocikowym narodzinom) odnotowywano w kronikach zacnych, składając to na karb zbliżającego się końca świata (a prababcia kocikowa mawiała, że to wina tych lotów kosmicznych).
Dzieci w przedszkolach i szkołach uczyły się we wrześniu i październiku o „pani jesieni”, zbierały kasztany i robiły z nich ludziki, zbierało się liście, które potem wędrowały na ubogie gazetki klasowe w wersji „zasuszone po jakąś cholerę”. Sam Kocik nazbierał kiedyś dwie reklamówki kasztanów i przytargał je z Beskidu do domu – w celu bliżej nie określonym, ale przytargał! Bo jesień rządziła się swoimi prawami! Była złota i polska, nawet jeśli lało jak z cebra, to mówiło się, że „ot taki urok klimatu”, ale jeszcze będzie babie lato.
Dziś rano Kocika obudziło dziwne poczucie, że prognozy (wyjątkowo) się sprawdzą, a meteorolodzy nie zapili z okazji święta synoptyka i nie bredzą jak potrzaskani… Zerknięcie zaokienne poczucie potwierdziło. 14 października roku pańskiego 2009 – padał śnieg! Toż to się w głowie Kocikowej zmieścić nie chciało i nadal nie chce. Jakim prawem ktoś urządza nam takie niespodzianki? Kocik przeczesał nawet Internet, by dowiedzieć się gdzie można reklamować taką pogodę, ale wyniki przeczesywania nie przyniosły efektów i można było tylko poczłapać w kierunku Trąbkowym, by ukoić swój ból przy dzbanku zielonej.
Może to tylko senny koszmar i jutro rano okaże się, że za oknem pięknie, słonecznie i sucho, a wszystkie doniesienia o zimowym kataklizmie były dziennikarską kaczką?
Kocik ma jednak nadzieję, że „ta zima kiedyś musi minąć” i znów będzie wiosna 🙂 Więc dwie muzyczne przesyłki – ku pokrzepieniu serc 🙂 Nim stanie się tak…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Październik 14, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Alleluja i do przodu, czyli coś w klimacie historii kuchennych ;)

Jesiennej aurze i szarzyźnie wszechogarniającej Kocik się nie poddaje i aktywizuje się na wszelkich (możliwych) polach 🙂 Także na blogowym polu postanowił coś zdziałać, a że zainspirowany (i zaśliniony) został przez lekturę (póki co pobieżną) wspominanego bloga kulinarnego, postanowił sobie dodać nową sprawność blogową – wrzucanie przepisików na kocikowe specjały 🙂 I nie tylko kocikowe oczywiście, bo część „kocikowych standardów obrzydliwych” pochodzi z szeroko pojętego otoczenia 🙂 Sprawność ta jest również związana ze stanem, w którym Kocik się znajduje – jest na kosmicznym etapie kulinarnym i tylko duma, co by tu ugotować, kiedy, z czego i dla kogo 🙂 Chętni do skarmiania proszeni są o kontakt i uzgodnienie menu 😉 Kocik przyznaje, że natenczas jest zafascynowany intensywnymi kolorami: paprykami, brokułami, szpinakiem, dzikim ryżem, curry, kurkumą 🙂 Ale zgodną jest istotą i może zmodyfikować swoje fascynacje 🙂
Aha…jeżeli ktoś liczy, że Kocik poda coś w wersji: 10 dag tego, 15 gram tamtego i 6 sztuk śmego, to niech się nie łudzi… Kocik tak nie gotuje 🙂 Nawet jeśli bierze do łapy jakiś przepis, to z różnych powodów miesza, zmienia, cuduje, wiankuje. Wyjątkiem są ciasta – tu stara się trzymać chociaż proporcji i poskramia swoje zapędy improwizacyjne. Zresztą gdyby nie kreatywność kuchenna, to nigdy nie powstałyby np. naleśniki ze szpinakiem w wersji kocikowej (pierwotnie były pierogami, w których było nadzienie do tarty 😉 ).
Natenczas Kocik oddala się, by wybrać przepis, który powinien się znaleźć tu jako pierwszy… a myśląc będzie wyglądał tak:
fot. P.Krysiak
*za zdjątko pięknie dziękuję Piotrowi, który poniedziałkowo uraczył mnie całą serią „małych kocików”, uśmiechając mnie z rana 🙂 Za jego pozwoleństwem, a nawet wskazaniem, od czasu do czasu wrzucę tu któregoś 🙂

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 12, 2009 w kocik-kuchcik

 

Kocik nie może się powstrzymać, czyli spóźnione „na dobry weekend i nie tylko part 4” :)

Kocik został uraczony przywilejem upieczenia ciasta dyniowego, o czym dowiedział się nim na stół „wjechał” dzbanek jego zielonej herbaty*. Po powrocie do domu rzucił się do starych, dobrych googli, ponieważ do tej pory takiego cuda nie robił. Zdarzało mu się różne przepisiki realizować, z mniejszymi lub większymi modyfikacjami, ale dynia to obszar nieznany (póki co). I jak się rzucił do poszukiwania, tak trafił na wspaniały blog kulinarny, który zagościł już w zakładce „do poniuchania” 🙂 I choć jako wychowana istota Kocik spytał autorkę o zgodę, to nie może się opanować i trochę a konto zamieszcza zdjęcie tego zjawiska… Licząc na to, że nikt mu tego za złe mieć nie będzie.
Niniejszym Kocik ogłasza, że postara się stworzyć coś takiego…albo coś podobnego do tego 🙂
Zainteresowanych podróżami kulinarnymi Kocik odsyła do strony o lizaniu paluszków (proszę się zaopatrzyć w śliniaczki, bo na sam widok ślinka cieknie) 🙂
Zdjęcie pochodzi z wyżej wymienionego bloga, jest własnością Tatter.
pumpkin-cake-1
* Tu następuje porozumiewawcze mrugnięcie do Klakiera 😉 Wpisik z Twojej inspiracji 😉

 
14 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 10, 2009 w kocikowi się marzy

 

Ogłoszenie azylowe

W ramach „Na dobry weekend i nie tylko”, Kocik wrzuca dziś ogłoszenie. Już kilka dni temu dobiegły go niepokojące wieści dotyczące społecznego schroniska dla zwierzaków. Miejsce, w którym kociaki i psy znajdowały opiekę i niejednokrotnie ratunek, jest zagrożone eksmisją, z powodu planów budowy osiedla domków w pobliżu siedziby schroniska.
Abstrahując od idiotyzmu sytuacji, pomoc i wsparcie jest bardzo potrzebne! Pierwsze primo – jeśli ktoś planował sprawić sobie zwierzaka, to może jest to dobra okazja? Drugie primo – pomoc potrzebna od zawsze, czyli jedzonko, grosik, co tylko może się przydać.
Odsyłam do artykułu oraz strony samego schroniska.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 10, 2009 w około-kocikowo