RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2009

O wyższości wosku nad fusami, czyli zabobonny Kocik;)

A co! Kocik choć stąpający (zazwyczaj) mocno po ziemi i sceptyczny wobec usług wróżbiarskich, postanowił poddać się tradycji i trochę polać…wosku, miast wody (bo w laniu tej ostatniej ma już sporą wprawę).
Tym bardziej, że pomysł polewania został ukuty wspólnymi siłami sąsiedzko-jelonkowymi i przyjął formę całkiem sympatycznego wieczoru sobotniego, z mocą atrakcji około-wróżbiarskich. Motywacją była nie tylko chęć zaglądnięcia w przyszłoroczne wydarzenia, ale i dokończenia spraw niedokończonych…
Otóż dawno, dawno temu, w okolicach sylwestra 2008, zakupione zostały ingrediencje do stworzenia domowej wersji caipirinii (jedynie miast mięty była melisa, bo się Kocikowi pokocikowało w sklepie, z czego Jelonek piał, jakby nie był Jelonkiem, a całkiem okazałym kurem 😉 ale wszystko co ptasie jest be…więc powiedzmy, że Jelonek zatupał raciczkami). Ingrediencji było tak dużo, że ostało ich się na Hydrysiowe urodziny, a i wówczas nie udało nam się osuszyć butelczyny.
Istoty z nas mało skłonne do alkoholowych uciech, więc butelczyna stała tak i czekała na lepsze czasy, które nadeszły właśnie wczoraj. Bo żeby wróżby były udane, trzeba im trochę pomóc i zyskać łączność z inną płaszczyzną…i nie chodzi tu o padanie na twarz, łączność z podłogą, czy inne takie, lecz o sferę bardziej… metafizyczną 😉
Padło więc na wieczór z napojem w smerfowym kolorze (w ramach miłych wspomnień pewnej imprezy, która odbyła się, gdy Sąsiedzi nie byli jeszcze Sąsiadami, a strączek nie był jeszcze strączkiem). Wszelkie potrzebne składniki zostały kupione, smakołyki do zakąszania zastawiły kuchenny stół i rozpoczęło się biesiadowanie… w niewielkim, acz wielce rozbawionym towarzystwie. Kocik – zaprawiony w przygotowywaniu napitku – przygotował dzbanuszek, wymieszał co trzeba i ile, pomerdał łyżką, skosztował i orzekł, że można się raczyć. Przy zakąskach, błyskach flesza (wszak spotkanie warte było udokumentowania) i co lepszych komentarzach, dzbanuszek się opróżniał, a towarzystwo zyskiwało ochotę na zerknięcie w mroki przyszłości. Na tę okoliczność przygotowano tradycyjne instrumentarium: wosk, miskę z wodą i klucz, by oddać się andrzejkowym uciechom. Sąsiad sceptycznie podszedł do całego zamieszania (twierdząc, że to głupi zwyczaj), Hydryś zręcznie próbował wywoskować sobie wróżbę o zakupie całego asortymentu z Irregular Choice, Kocik zastanawiał się po jaką cholerę ma jechać do Afryki, a Jelonek nie był przekonany, czy lepsza bezludna wyspa, czy wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Co ma być, to i będzie… to chyba jedyna i słuszna prawda, dlatego bez dalszej zwłoki pokicaliśmy wspólnie, by zobaczyć prawdziwą (;) ) magię made in Hogwart (wszak przegląd filmów potterowych trwa). A tam okazało się, że fusy potrafią bardziej złowieszcze przepowiednie fundować… i zobaczenie ponuraka to nie najlepsza wróżba 🙂
Cóż… zobaczymy, co uda nam się wylać w poniedziałek, wszak sobota była tylko zaprawą 😉 Bylebyśmy nie wylali dziecka z kąpielą 😉
Dokumentacja wydarzenia dostępna wiadomo gdzie 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Listopad 29, 2009 w około-kocikowo

 

Skoro jest środa, to…

to Kocik ma zachcianki kulinarne 🙂 Nie żeby w inne dni ich nie miał… Ma i to w pełnej wersji! Niestety (dla gabarytów kocikowych), nadal trwa szaleństwo kulinarne i nieustanne wynajdywanie tego, „co by się zjadło”. Sąsiad stwierdził nawet ze znawstwem wczoraj, że stan ten ulega pogorszeniu i w miarę zbliżania się świąt coraz więcej wyśnionych smakołyków za nami chodzi…
Kocik ogląda się za siebie i nie widzi tych chodzących smakołyków (bo gdyby zobaczył, to by pacnął jednego z drugim, by na pokuszenie nie wiodły), ale faktem jest, że częściej niż zwykle wkręca mu się jakiś smak…który prawie czuje, zapach, który bez wątpienia czuje…i radość z przyrządzenia odpowiedniej kombinacji zapachów i smaków. Kocik jest wówczas w swoim żywiole i może tak spędzać godziny – odmierzając, dosypując, przyprawiając i żonglując pokrywkami 🙂
Nie dalej jak w zeszłą środę, w okolicy płata skroniowego Kocik poczuł zapach i smak szpinaku, a w rejonach potylicy zobaczył makaron penne 🙂 Dodał do tego kilka szczegółów – jak kurczak w curry, sos serowy i naczynie żaroodporne… Wizja stała się tak jasna, że Kocik doznał (o mało co!) iluminacji kulinarnej 🙂
Dlatego po pracy, w toku sprawunków śródtygodniowych, wskoczył do sklepu, by dokonać odpowiednich zakupów. Wcześniej jednak dał się przekonać, że dla niektórych w tej wizji na miejscu makaronu są ziemniaki i tym sposobem sklonował swoja wizję, dokonując drobnej modyfikacji i konstatując, jakim błogosławieństwem jest posiadanie naczyń żaroodpornych w liczbie mnogiej 🙂
Po powrocie Jelonek (autor wizji z ziemniakami) został położony spać (bo co można robić w kocikowej kuchni przez półtorej godziny? 🙂 ), a Kocik zabrał się do dzieła… Już po dwóch godzinach, do stołu zasiadł w towarzystwie Sąsiedzko-Jelonkowym (choć patrząc na stopień zaspania Jelonka, mógł mieć tylko nadzieję, że on tam naprawdę jest 😉 ).
A w sumie, to Kocik chciał tylko przepis podać, na to radośnie zielone danie 🙂
Chcąc przygotować zapiekankę środową trzeba się zaopatrzyć w: makaron penne (Kocik używa razowego), szpinak mrożony, śmietana 18%, jajko, mięso drobiowe, serki pleśniowe, rosołek w wersji instant, czosnek, masło, oliwę z oliwek, przyprawy (pieprz, sól, gałka muszkatołowa, curry, czosnek granulowany).
Makaron gotujemy do wersji al dente, szpinak na masełku dusimy, dodając pieprz i gałkę muszkatołową oraz czosnek (następnie studzimy), mięso kroimy w paski lub kostkę średniego rozmiaru i podsmażamy – wyraziście przyprawiając. Do zimnego szpinaku dodajemy masę pochodzącą z połączenia śmietany i jajka, a następnie dosypujemy przygotowane mięso.
Do naczynia żaroodpornego wrzucamy makaron i skrapiamy go oliwą z oliwek, na to nakładamy szpinakowo-mięsne coś, a całość polewamy sosem serowym (odrobina rosołku instant stanie się sosem serowym, gdy wkurszymy do niego ser pleśniowy typu lazur). A potem tylko do piekarnika i po 20 minutach można się zajadać.
My uraczyliśmy się jeszcze sałatka z fetą w charakterze dodatku (made by Sąsiad) – feta też pięknie pasuje do szpinaku 🙂

*wersja Jelonkowa została tylko zmodyfikowana o brak makaronu i obecność ziemniaków 🙂 (ugotowanych, ostudzonych, pociętych w plastry/cząstki). Wersja ziemniaczana najlepiej smakuje następnego dnia, po podgrzaniu na patelni 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 25, 2009 w kocik-kuchcik, około-kocikowo

 

Kocik vs klimat świąteczny :)

No dobrze zacząć trzeba od tego, że Kocik nigdy nie był szczególnym fanem sztucznemu wtłaczania klimaciku świątecznego. Denerwował go zarówno klimacik sam w sobie, to, że ktoś każe mu się cieszyć, bo inni się cieszą. A co to Kocik jest inni? Jako istota oporna wobec unifikacji, Kocik opierał się i klimacikowi. Abstrahując od tego, że wspomnień świątecznych Kocik nie miał najdoskonalszych i raczej trwały w nim te mniej doskonałe, które przeobrażały Kocika w marudę i istotę z syndromem „a do szkoły miałem pod górkę”. Niestety jakoś tak się wydarzyło, że radość świąteczna uleciała z Kocika jak powietrze z dziurawego balonika. Bardziej niż miłe chwile zostały w Kociku wspomnienia podwójnych wigilii i wiecznie podzielonych świąt (na dzień Mamy i dzień Taty). Brrr… Aż Kocika trzęsie na samą myśl.
Możliwe też, że brak zapędów do świętowania wynika z tego, że dom Kocikowy nigdy nie był ortodoksyjnie tradycyjny i jakoś bywało „po macoszemu”, na „chybcika”, co zasadniczo stoi w sprzeczności z kocikową naturą. Owszem z uwagi na swoje przekonania kościelne (a raczej brak takowych), świętowanie sprowadza się do idei spotkania z bliskimi ludźmi i ciepłej atmosfery. Z powodów wymienionych wyżej, Kocik nigdy nie był fanem świąt, raczej traktował je jak przykry obowiązek.
W tym roku niewiele się zmieniło jeżeli chodzi o podejście Kocika do sklepowych akcji pt. „Skoro mamy już za sobą Wszystkich Świętych, to warto wyciągnąć ozdoby świąteczne”. Nadal Kocik się zżyma widząc te plastikowo-świecące wersje świąt, jakie serwują nam wszelkiej maści markety. Ale w Kociku jako takim coś zaczyna się modyfikować. Możliwe, że to nie chodzi o ideę świąt jako takich, ale wspólnotowość i poczucie jedności z osobami bliskimi.
I tak przed 26 lat Kocik nigdy nie przywiązywał uwagi do Dnia Ubierania Choinki, ani do samej czynności. Po prostu brał bombki, wieszał i tyle – nic nadzwyczajnego (no chyba, że tuż przed wieszaniem okazywało się, że bombek brak, bo rodzicielka gdzieś je schowała latem i już nie pamięta gdzie 🙂 ). Ale po zeszłorocznym grudniu przekonał się, że ów dzień traktować można zupełnie inaczej, że może to być moment choinkowej zabawy. Bynajmniej nie przekonało go o tym ubieranie choinki anno domini 2008 (jeżeli chodzi o czynność jako taką), lecz reakcja Jelonkowa. Cóż – pozostaje Kocikowi mieć nadzieję, że winy zostaną mu wybaczone, wpadki zapomniane i skończy się na odgrażaniu 😉 A koniec końców, ubieranie choinki anno domini 2009 odbędzie się już zgodnie z oczekiwaniami wszystkich (to znaczy tych wszystkich, z oczekiwaniami którym można się liczyć) 🙂
Kolejną zmianą jest moment kupowania prezentów. Kocik zauważa u siebie wpływy swojej rodzicielki, która znana jest z tego, że potrafi kupić coś w sierpniu – z myślą o prezencie bożonarodzeniowym. No cóż – widać jednak nie daleko pada kocik od jabłoni, bo zaczął gromadzenie prezentów w okolicach października 🙂 I gromadzenie trwa w najlepsze! Może przynajmniej częściowo uchroni go to od pogoni grudniowej i zderzania się z tłumami oszalałych klientów. Między innymi Kocik ma już część prezentu dla rodzicielki wspomnianej – przecudnej urody naszyjnik filcowy, wykonany na zamówienie (wszelkie szczegóły pod linkiem koralowym w zakładce 🙂 ). W kilku przypadkach Kocik ma już sporządzone notatki i za czas niedługi uda się w tan zakupowy w wersji pełnej, bo niewiele jest rzeczy, które sprawiają mu tak dużą radość jak kupowanie prezentów. To taki miły moment, w którym można sobie pomyśleć o osobie obdarowywanej, licząc na to, że sprawi jej się choć ociupinkę radości.
Ale…główny front przygotowań świątecznych dotyczy póki co kulinarnych poczynań. Otóż tydzień temu Kocik zabrał się z Jelonkiem w jego rodzinno-domowe okolice na niedzielny obiadek. Obiadek przeciągnął się do kawy i jakoś tak wspomnieniowo poleciało. A tu zdjęcia (a z wakacji, a z wojska), a tu domowe tradycje…i siłą rozpędu wpadliśmy w temat tradycji świątecznych. Zaczęło się od jelonkowych utyskiwań, że siedem karpi to za mało, a pierogów to powinny być ze trzy setki, żurku białego dwie cysterny minimum, bo inaczej święta się nie liczą 🙂 I Kocikowi włączyła się akcja wspólnotowości i działań kolektywnych, więc gdy Mama Jelonka zaproponowała udostępnienie przepisu piernikowego – wierzgnął z radości. Na wieść o piernikowym planie wierzgnął też Hydryś, z którym Kocik uknuł plan piernikowy. Słowo się rzekło, kobyłka u płota – w piątek Kocik spisał przepis, a Hydryś kupił foremki i wałek, w sobotę rankiem Kocik czmychnął po ingrediencje, by po powrocie z wycieczki krakowskiej, zabrać się bez zbędnej zwłoki do działań. W sąsiedzkiej kuchni zapachniało przyprawami korzennymi wszelkiej maści…i wspólnymi siłami ugniotła się spora kula piernikowego ciasta 🙂 W tandemie Hydryś-Kocik rozwałkowywałyśmy kolejne placki i wycinałyśmy gwiazdki, choinki, serduszka i inne dzwonki 🙂 Piec rozgrzał się do czerwoności (sic!) i przez trzy godziny nieustannie wyciągałyśmy kolejne porcje pachnących wypieków, które po ostygnięciu zostały zapakowane w puszki – by doszły do siebie (to znaczy przestały być piernikowymi kamieniami 🙂 ). Przed świętami czeka nas tylko udekorowanie smakołyków i dokonanie podziałów, bo pierniczki docelowo i w większości przeznaczone są do rozdawnictwa 🙂 Nie wykluczone więc, że w obliczu ogromu osób, które chcemy obdarować, zostanie zmajstrowana jeszcze (chociaż) pół porcji piernikowej 🙂
A w tym wszystkim towarzyszyła nam cudnie nastrajająca Diana Krall ze swoimi jazzowymi piosenkami świątecznymi* 🙂

Jej…co to będzie, jak Kocik weźmie się za pieczenie ciast przed świętami? A może nawet porwie się na polepienie pierogów? (nawet jeśli w jego domowej okolicy nie jest to wigilijna potrawa)
Kocik ogłasza, że chyba zaczyna szaleć 🙂

* płyta jest przecudna…Tylko Malina kiedyś się śmiała, gdy Kocik zapodał ją w okolicach października 🙂 No bo też prawdą jest, że słuchanie „Let it snow”, gdy za oknem jesień, może powodować rozdwojenie jaźni 🙂 Ale przy takich piernikach, to już chyba można sobie ponucić? 🙂

** Sąsiad wykonał dokumentację techniczną procesu produkcji – Kocik zdjęcia dostanie, to dorzuci bez zbędnej zwłoki 🙂

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 22, 2009 w kocik-kuchcik, około-kocikowo

 

Na dobry weekend part 7

Chociaż weekend ma się ku końcowi – a przynajmniej tak się Kocikowi wydaje, to dorzuca tu coś z intencją najlepszą 🙂 Kiedy tylko zobaczyliśmy tę zajawkę (lato jeszcze było i ciepełko doskonałe), stwierdziliśmy zgodnie, że trzeba będzie się skusić na seansik 🙂
Kocikowi przypominają się te wszystkie święta, kiedy by nie przeszkadzał w przygotowaniach, był sadzany przed czarno-białym (sic!) telewizorem, aby zobaczył kolejny raz bajkę o Ebenezerze S. „Opowieść wigilijna” już wkrótce w kinach, trzeba się szykować… więc się szykujcie 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 15, 2009 w około-kocikowo

 

I kocia historia zatoczyła koło :)

Rok temu, a nawet półtorej, jeśli chodzi o ścisłość Sąsiedzi uratowali dwa kociaki. Kamala i J. poszukiwali domku dla dwóch maluchów, które znaleźli w jednej z miejskich piwnic. Hydryś – jako pierwszoklaśna kocia mama – i Sąsiad drogi, bez chwili wahania przygarnęli dwie kocie pokraki, które tym samym wygrały na loterii 🙂 Florek ostał się jako towarzystwo dla Stefana, a Dropsina trafiła w pielesze Hydrysiowych rodziców, mają się jak pączki w maśle i prowadzą spokojne kocie życie.
Kilka dni temu w czujne Hydrysiowe oko wpadły dwa maleństwa, które domu potrzebowały natychmiast i już, bo dla takich okruchów kocich zima byłaby zabójcza (mimo starań i dokarmiania). Rozpoczęła się akcja poszukiwania przytulnej okolicy dla kociaków. Oczywiście nie mogło się obyć bez cynku do Kamali, która znana jest ze swej skuteczności w tej kwestii… Tym bardziej Kocika raduje, że jeden ze smyków (zwany przez nas Onegdaj Groszkiem) trafił do Kamali i spółki! Dziś przybyli, pozachwycali się, Kamala oczywiście popiszczała z radości i zawieźli Groszka do nowego domu, gdzie czekały na niego (niczego nieświadome) „dziewczyny”.
Tak oto kocia historia zatoczyła koło… I kolejne szkrabulce udało się uratować od smutnej bezdomności.
Ruchy tektoniczne w rzeczywistości spowodowały, że domku szuka jeszcze Ongiś Fasolka. Śliczna, ufna i odważna koteczka. Więc może ktoś chciałby zyskać nowego, futrzanego przyjaciela? Póki co jest niepozorna (bo ma raptem pięć tygodni), ale w przyszłości bez wątpienia będzie piękną koteczką 🙂
04
Zdjęcie Piotrowe 🙂 A ewentualne zdjęcia Ongiś Fasolki dostępne po odezwaniu się do Kocika 🙂

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu Listopad 12, 2009 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

A Ty jak celebrujesz rodzimy Independence Day?:)

Kocik nie poczuwa się do szczególnych uczuć patriotycznych, nie wymachuje flagą przy każdej okazji, nie wyciera sobie pyszczka słowami wielkimi i wzniosłymi, szat nie rozrywa mówiąc o bolesnej historii jego ojczyzny. Nie robi tego i planów takowych nie ma, bo i nigdy nie był skłonny do patetycznych wystąpień, nie drzemią w nim emocje rodem z romantyzmu. Generalnie przeciwny jest takim zapędom i krew go kocikowa zalewa, gdy słucha o tym, jak to zawsze mieliśmy pod górkę, jak zaborcy ciemiężyli, jak system niszczył. No ciemiężyli, no niszczył…ale czy z samego wałkowania i wylewania żółci cokolwiek nam dziś przyjdzie? Owszem pamiętać trzeba, mieć świadomość, cieszyć się, że teraz bez skrępowania możemy sobie rządzić od Bugu do Odry, że nikt już nie tłamsi. Teraz możemy bezkarnie tłamsić sami siebie i na własną odpowiedzialność. Teraz możemy korzystać z wszelki praw i przywilejów wolności (a nawet Wolności), tylko czy potrafimy to robić tak, by nie bezcześcić pamięci tych, którzy tę Wolność nam podarowali (kilkukrotnie)? Czy przerzucanie się kto bardziej i kto lepiej darować próbował, ma jakiekolwiek znaczenie dla statystycznego mieszkańca kraju nad Wisłą? Kocik ma poważne wątpliwości.
Dlatego opowiada się za formami świętowania dla ludzi. Dlatego też jest zwolennikiem świętowania, które dalekie jest od sztucznej pompy i nadmuchanych słów, które nie sprowadza się do pseudopatriotycznych przemów, które ani nie są ciekawe, ani nie podkreślają radości, jaka powinna nam towarzyszyć przy takich okazjach.
Kocik więc jest zwolennikiem przypominania o momentach ważnych w sposób prosty (nie prostacki i przaśny) i interesujący, który prócz walorów edukacyjnych (wszak postawy patriotyczne trzeba kształtować, bo same z siebie się nie rodzą przez pączkowanie), będzie też dawką rozrywki (swoiście pojętej) dla ludności miast i wsi 🙂 Z tego powodu pewnie z rozrzewnieniem wspomina zeszłoroczne obchody 90. rocznicy odzyskania niepodległości, kiedy pokicał sobie w okolice Urzędu Źle Skracanego, gdzie w towarzystwie tłumnie zgromadzonych gapiów zobaczył uroczystą paradę, zauważył przelatujące F16 (chlubę kraju naszego i szczyt techniki), pospacerował ponad dachami i pogapił się na ludzkość bawiącą się w najlepsze, korzystającą z wolnego dnia. Korzystającą niegłupio, bo z dala od telewizora i domowych kapci.
Tegoroczne obchody sobie odpuścił z uwagi na aurę niesprzyjającą i to, że na myśl o strugach deszczu, Kocik postanowił zaszyć się w domowych pieleszach i uczcić wolny dzień świątecznym upieczeniem ciasta i niespiesznym przeglądaniem spraw zawodowych. Wcześniej ogarniając rzeczywistość po poniedziałkowym przywiezieniu tony gratów z rodzinnych okolic i przeorganizowaniu znacznym rzeczywistości.
Niemniej w ramach świętowania wybrał się (kolejny raz) do Urzędu Źle Skracanego, który ponownie udostępniał swoje przestrzenie zwykłym zjadaczom chleba, by zobaczyli czym ów Urząd stoi. Silna Grupa Pod Wezwaniem (bo może nie trzymająca władzy) spotkała się na wieczornym spacerze po Urzędowych włościach. Kocika najbardziej ucieszyła możliwość spotkania kilku miłych jego sercu osób, które w spacerze brały udział (w różnym charakterze – bo reprezentacja Pijalni Siemienia Lnianego także była w pełnej gotowości 😉 ), bo podstawową dawkę informacji ma już w sobie ugruntowaną – co nie zmienia faktu, że miło było poprzechadzać się w zacnym (przewodniczym) towarzystwie 🙂
Jutro w ramach sentymentu Kocik zmajstruje grochówkę, która serwowana jest zawsze przy okazji tego święta w okolicach epicentrum wydarzeń, a na którą dziś za mokro i za zimno, i wyśle fluidy w kierunku jaśnie oświeconych rządzących, by śmiało decydowali się na oddawanie świąt tego typu ludziom. Niech nie katują nudnymi mowami, niech pozwolą odpoczywać i się cieszyć 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 11, 2009 w około-kocikowo

 

Zabezpieczony: Tak tylko w ramach peesu i przypisu

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

 
Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Opublikował/a w dniu Listopad 11, 2009 w kocik oddaje się zadumie