RSS

Archiwa miesięczne: Lipiec 2010

Padając…

na nos padając, na łóżko padając…na wszystko co tylko w zasięgu i nie grozi okaleczeniem… Kocik melduje, że piątek się odbył 🙂 Był piątkowo zgodny z planem (no prawie). Intensywny, miły, rozjechany, krewetkowy, prezentowy. Jak Kocik odetchnie, to wrzuci te wszystkie anegdoty, którymi z uwagi na konspirę podzielić się nie mógł 🙂

Wniosek na już – właściciele samochodów z rejestracjami KCH – do ubicia lub do wysłania na kurs energicznej jazdy; dawno nie słuchany „SIC” Hey’a sprawdza się doskonale, a jeśli komuś pojawi się w domu chomik, powinien nazywać się Mickiewicz 🙂

Późno już, chodźmy spać… 🙂

 

Przebieranie…

…nóżkami przebieranie. Jutro piątek 🙂 Kocik rozsadza wewnętrznie, bo wiadomo…bo tak 🙂 Bo czasami człowiek musi, inaczej się udusi…uuuuuu 🙂

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2010 w około-kocikowo

 

Skoro jest weekend, to na pewno leje ;)

Ktoś najwidoczniej tak zaprogramował lato, że kiedy siedzi się na tyłku w pracy, to żar leje się z nieba, słońce napinkala jak szalone i człowiek tylko myśli o tym, by ruszyć się od biurka i skonać gdzieś w cieniu. Fakt posiadania obowiązków służbowych skutecznie pozbawia chęci (i możliwości) podumania nad jakąś milszą (od skonania) wizją. Za to jak nadchodzi weekend…to wiadomo – chłodek, deszczyk, jakaś burza z porywistym wiatrem – proszę bardzo, jak na zamówienie. A jeśli jest to weekend, w którym zaplanowany jest wyjazd ogródkowy – to już musowo. Tak też i było wczoraj, wszak biorąc azymut na włości przy Portowej, inaczej być nie może (od lat dwóch). To zresztą powoduje tylko jedno – trudno się wykręcić (np. upałem) od pochłaniania kolejnych smakołyków, które gospodynie Portowej przygotowały. Więc wchłonięto wczoraj: ciasto, lody, kawy, herbatę, wino czerwone, napoje chłodzące (sic!), grillowe przysmaki w ilości hurtowej, przegryzki tradycyjne i mniej tradycyjne. I tak udało nam się zapobiec „wjechaniu” na stół grillowanych warzyw. Po tej sesji Kocik nadawał się tylko do położenia na dróżce i kulania nóżką w kierunku samochodu.
Cudem tylko po-portowe obciążenie nie zabiło wehikułu, który nas dowiózł w ogródkowe okolice, bo jazda tym wyjątkowym wynalazkiem należała do wspaniałych atrakcji (wiadomo – z innym kierowcą Kocik za żadne skarby by nie wsiadł). Niechaj wystarczy informacja, że za siedzeniem znajduje się młotek do walenia nim w koła, gdy zablokują się hamulce.
Aaaa…a jeśli komuś się przyuważyła kocikowa odporność, to proszę o namiar, muszę jej skopać zadek za te numery, które mi tnie od wczoraj.
Dziś Możdżerro…stare czasy się przypominają. Stare, że hej!

 
16 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 25, 2010 w około-kocikowo

 

Kazia miała rację!

Kocikowa nauczycielka biologii, zwana „Kazią”, mawiała, że organizmy ludzkie określa się jako posiadaczy 2n (genetyczne dyrdymały), ale niektóre dzieci z IIc (patrz klasa kocikowa), mają 0,5n, bo ich debilizm sugeruje, że są ciężko upośledzone.
Kocik rozszerza tę teorię… kurierzy mają 0,25n i to przy dobrych układach. Kocik jest powalony kretynizmem wcielonym i kompletnym. Już kiedyś jeden na przesyłce dla MSWiA wpisał „adresat nieznany”, ale dzisiejsze perypetie kocikowe dowodzą, że to nie był jeszcze przypadek beznadziejny. Przypadek beznadziejny (nie)nawiedził dziś Kocika.
Krew zagotowana.

 
6 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 22, 2010 w kocik marudzi

 

Czy nie przeszkadza Kocikowi prędkość? Nieeeee!

Święta, święta i po… tfu! I po weekendzie miało być 🙂 Czas sobotnio-niedzielny mija w tak zastraszającym tempie, że ani się Kocik obejrzy i człapie poniedziałkowo do biura, choć dopiero co zeń wyczłapywał w piątek popołudniu. Ale widać tak to jest, gdy się człowiek starzeje (co skonstatowała wczoraj Malina, dochodząc do podobnych wniosków dotyczących szybkości upływania czasu), bo kiedyś to od gwiazdki do gwiazdki, od urodzin do urodzin i od wakacji do wakacji mijały całe wieki, lata świetlne wręcz. A teraz? Szast-prast i myk-myk, oka mgnienie.
Ale nie o to, nie o to, nie o to… Weekendowo, letnio (do soboty wręcz upalnie) i wakacyjnie – tak Kocik spędzał czas pozaetatowy. Bo zaczął od krewetek balkonowych i wygranej Choi w towarzystwie Jelonka i Tośka, które chrupał sobie wystawiając się na lekkie podmuchy wieczornego wiaterku. Sobotni upał, z którym Kocik zmagał się od wyjątkowo wczesnej pory (o 8 obudziły go ryki robotników, którzy demolują kamienicę obok…ryki w rodzaju: uwaga kibel leci, lecą cegły, rzucam gruzem – jako żywo „Dzień świra” się Kocikowi przypomniał), zwalczany był przez leżakowanie wodne i powolne czytanie – przy szybszym pewnie można by się było spocić. Wieczornie zaś odbyło się najskuteczniejsze i najdoskonalsze klimatyzowanie skórki, jakie można sobie wyobrazić. A mianowicie Kocik się wsadził w charakterze nadbagażu na Jelonkowy jednoślad i dał się zawieźć w tej wersji do Miasta Królów, by przespacernąć się rynkowo i zjeść krewetki. Kocik musi przyznać, że zadebiutował w wersji nadbagażu, bo właściwie to nie liczy tej krótkiej przejażdżki, która odbyła się ponad rok temu, gdy został zaskoczony propozycją „zobaczysz jak to jest”. Wtedy nie bardzo wiedział po co, na co i dlaczego i wolał zająć się ostentacyjnym jedzeniem bagietki. Owszem podobało mu się i wtedy, choć wiadomo – była to taka przystaweczka. Sobotnia wycieczka była już nie głupim daniem głównym. Cóż…niczym nowym nie będzie stwierdzenie, że Kocik lubi prędkość, a dużą prędkość nawet bardzo lubi. Tę zaś miał zapewnioną, a co za tym emocjonujące doznania 🙂 Najbardziej bawi go, gdy z szelmowskim uśmiechem Jelonek pyta – i jak myślisz? Ile jechaliśmy? By potem z tonem triumfu orzec…no…180 km/h było 🙂 Kocika to szczególnie nie przeraża, bo im szybciej, tym fajniej 🙂
Oczywiście po dojechaniu opowiedział o pierwszych wrażeniach, drugich wrażeniach i nawet tych trzecich, jednak wszystkie one koncentrowały się wokół pojęć – przyjemność, frajda i ekscytacja 😉
Zanim jednak odbyła się akcja relacjonująca i konsumpcja krewetek, wydarzyła się pogawędka z miejscowym menelem, który zaczął od tego, że on tu popilnuje i że przyjezdni z Zapyziowic? A on to tam był na koncercie Deep Purple… i grali tę słynną piosenkę „Child In Time”. Następnie zgrabnie przeszedł na zagadnienie jelonkowego tatoo, bo gdzie to takie robią właściwie? Po usłyszeniu odpowiedzi skonstatował – aaa… tam to siedziałem! Więc Kocik miał już w głowie piosenkę Artura Andrusa „Piłem w Spale, spałem w Pile” i wewnętrznie zwijał się ze śmiechu. Zwinął się jeszcze mocniej, gdy menel-parkingowy zaczął rozwodzić się nad tym, jak to nic nie dało się zrobić z pochówkiem na zamkowej górce, bo tylu tych BORowików że nic nie dało się zrobić… Następnie zainkasował 3 złote i przystąpił do pilnowania – zgodnie z obietnicą.
Kocik zaś z Jelonkiem wypytującym „i co? i jak?” potupał ku kolacji, zaskoczony tym, jak to jednak ciepło jest, bo przez godzinę solidnie mu wiuchało.
Powrót był równie uroczy i zaskakujący, bo najpierw okazało się, że trasa, którą Jelonek sobie wydumał jest zamknięta…a potem zaczęło się błyskać i burzowi, więc od połowy drogi trwał wyścig z czasem, skazany na porażkę, gdyż miejsce docelowe pokrywało się z miejscem, gdzie burza szalała. Niemniej udałoby się, było już prawie-prawie i o włos, lecz przez jakiś czas Jelonek cierpiał katusze nie mogąc wyprzedzić jednego „akwarysty”. I przez tę cholerę trzeba było przeczekać deszcz na parkingu, znajdującym się o przysłowiowy rzut kamieniem od domu. Ale przebycie dobrych 30 kilometrów w niecały kwadrans…bezcenne…i to jeszcze w towarzystwie błyskawic (grzmotów i tak nie słychać 😉 ).
Niedzielnie dość standardowo – bajkowo, zakupowo, spektaklowo. Spektakl „Audiencja III czyli raj Eskimosów” okazał się perfekcyjną rozrywką. Do tego rozrywką dość mocno absorbującą publiczność, co w obliczu zogniskowania w pierwszym rzędzie silnej grupy pod wezwaniem, zaowocowało tym, że: Chalimek dzierżył wiolonczelę i nawet popełnił na niej solówkę, Sąsiad miał umyte adidaski, Hydryś i Kocik zostały omiecione szmatką atłasową, a Chalimek to nawet miał palec Pani Aktorki w uchu 🙂 Podobnie jak reszta publiki zarykiwaliśmy się ze śmiechu i tupaliśmy nóżkami z rozbawienia ogólnego. Póki co numer jeden tegorocznego teatrzykowania letniego.
Dobry weekend…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Lipiec 19, 2010 w kocik oddaje się zadumie, około-kocikowo

 

Cały jestem ze staaaaali…

Od dłuższego czasu Kocik nasłuchuje pracowo „Trójki” i gdy usłyszał ten kawałek, to miał etap zwijki biurkowej. A że dziś taka data adekwatna, bo i rocznica, i ponoć klątwa powinna spaść z polskiego narodu…to Kocik sobie zapodaje i śpiewa, rechocząc sobie w głos 🙂

ps. upał, żar, skwar… godziny popracowe sponsoruje wanna i chłodna woda 🙂

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 15, 2010 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Ubaw z 15.34:)

Kocik rzucił okiem w panel blogowy… i stwierdził – ku swemu rozbawieniu – że magiczne google przysłały na jego włości kogoś, kto wstukał w wyszukiwarkę frazę „maść z wymion krowich”.
Kocik padł.
Ale podnosi się szybko, bo zaopatrzony w garnek i wszelkie (no prawie) ingrediencje zbiera się wkierunku bajkowo-obiadowym 🙂 Dziś „Nadziane papryczki” 🙂

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 11, 2010 w kocikowe myśli niezidentyfikowane