RSS

Archiwa miesięczne: Październik 2010

Czarna owca – tak to ja :]

Kocik nie lubi, gdy spotyka na swojej drodze jednostki, które twierdzą, że mają monopol na rację. Przerażają go osoby, które mają się za nośnik jedynej i najlepszej prawdy. Osoby takie – głuche na argumenty, przekonane o swojej nieomylności i za wszelką cenę chcące urobić rozmówcę, nie nadają się do rozmowy nawet o pogodzie. Bo jeżeli tylko ma się inne zdanie, punkt widzenia, perspektywę – jest się kimś przeznaczonym do przemiału. Naturalnie ten typ wszędzie był, wszystko widział, wszystko czytał i na tej podstawie wypracował sobie zdanie najwłaściwsze. I nic to, że starasz się pokazać alternatywę dla tego (jedynego słusznego) toku myślenia. Rzucany groch o ścianę przykleja ci się do czoła.
Jak to jest, że istnieją ludzie, którzy nie potrafią dopuścić nawet myśli o tym, że ktoś może myśleć inaczej? Co gorsza – nie dają drugiej osobie prawa do tego i usiłują go nawrócić na drogę prawdy.

No cóż… Kocik okazał się okazem nie do nawrócenia, który nie da się przekonać, że wszystko co poza kościołem rzymskokatolickim to sekta, że ateiści są złem wcielonym, że księża to istoty naznaczone boskością, że najlepszym prawem byłoby to usankcjonowane przez władze kościelne, a in vitro to morderstwo. Nie pomógł krzyk i trzaskanie pięścią w stół. Na ograniczenie tego rodzaju Kocik nigdy się nie zgodzi i przekonać się nie da.

Och jak dobrze, że Matka kocikowa należy do gatunku, którego mózg nie jest przetrawiony przez słowa padające z ambony. Przynajmniej było z kim wypalić papierosa w ramach odreagowania godzinnej indoktrynacji 😉

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Październik 31, 2010 w kocik marudzi, kocik oddaje się zadumie

 

„Zrób sobie raj” czyli Kocik w czeskim klimacie :)

Żadna to nowość, że gdy tylko okazja jest do posmakowania czeskiego klimatu (szeroko pojętego), to Kocik korzysta ile wlezie, tapla się w nim z największą rozkoszą i przyjemnością bezgraniczną. Oczywiście najlepiej ów klimat wchłania się w miejscu jego powstawania (ach ten Olomuc 😉 ), ale jak się nie ma co się lubi, to się trzeba potaplać na miejscu 🙂 Okazji ku temu ostatnio dość sporo, bo i wyszła nowa książka Mariusza Szczygła pt. Zrób sobie raj, po którą Kocik pobiegł świńskim (sic!) truchtem i ekspresowo „wciągnął”. To też nikogo (kto zna Kocika lub czytał książki Szczygła) dziwić nie powinno, bo i lektura to zacna i wciągająca od pierwszych stron. Tym razem Szczygieł przybliża współczesne Czechy i ludzi tam żyjących, a żyją oni sobie nie byle jak! Obok tekstów o Egonie Bondym, Janie Saudku i Davidzie Cernym sporo miejsca poświęcone jest tzw. duchowości Czechów, którzy znani są z tego, że odsetek ateistów jest wyjątkowo wysoki (choć wbrew pogłoskom – nie najwyższy). W barwnych reportażach Szczygieł odnosi się nie tylko do ich stosunku do kościoła jako takiego, papieża (jaki by on nie był), ale i życia doczesnego oraz tego co czeka nas po jego końcu… To co wyjątkowo Kocika zafrapowało to diametralnie inna historia kościoła w latach komuny. W odróżnieniu od Polski nie stał się on ostoją i schronieniem dla uciemiężonych obywateli, nie zyskał milionów wyznawców, poszukujących wsparcia w trudnych czasach. Powodów można się oczywiście doszukiwać dużo, dużo wcześniej, a mianowicie w średniowieczu, kiedy Papieżnicy spalili ojca Czechów – Jana Husa (dla turystów amerykańskich „Dżon Has”), tym samym czyniąc sobie z mieszkańców Bohemii wrogów co się zowie. Wojny husyckie oraz wojna trzydziestoletnia, która nadwyrężyła nie tylko ich cierpliwość, ale i solidnie przetrzebiła szeregi, spowodowały, że kościół katolicki nigdy nie był szczególnie popularny nad Wełtawą. Dlatego też państwo komunistyczne dość łatwo wzięło pod but ten nieliczny odsetek, którzy podążyli za głosem (katolickiego) powołania. W obliczu społecznej obojętności i braku zaangażowania księża zostali podporządkowani władzy państwowej…
Zresztą wracając pamięcią do praskiej wycieczki zeszłorocznej i wizyty „U dwóch Hrabali” na Żiżkowie, Kocik może w pełni potwierdzić ów czeski sceptycyzm wobec Papieżników. Gdy wesoła gromadka opuszczała knajpkę, została zagadnięta przez miejscowego, sączącego ciemny Budvar, skąd przybywa. Na wieść, że z Polski, odrzekł – miejcie się dobrze, ale nie wierzcie tak temu papieżowi. Gdy usłyszał, że trafił na grupę niewierzących zwyrodnialców o mało się nie zakrztusił piwem. Bezcenne, ale PR to kiepski mamy jednak.
Wracając do Szczygła – doskonała porcja reportażu, po której jak zawsze jest się pozostawionym z radosnym niedosytem 🙂
Czeskim klimatem nacieszył się też Kocik teatralnie, oglądając występ ostrawskiego divadla. Podival więc sobie radośnie i uśmiał się za wszystkie czasy (nie tylko z tego, co działo się na scenie). Niemniej padło z niej pytanie (jeszcze zanim spektakl się zaczął), za co lubimy Czechów. Bez wątpienia Kocik uwielbia ich za dystans do siebie jako do narodu i ten cudny klidek (odpowiedzi oczywiste typu piwo, knedliki i filmy można sobie darować 😉 ).

***
A dziś dla łasuchów – magdalenki 🙂

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 30, 2010 w kocik czyta(ł), kocik oddaje się zadumie, kocik-kuchcik

 

Nie oceniaj książki po okładce…

…a filmu po trailerze 🙂 Otóż jakiś czas temu, przy okazji wizyty kinowej, Kocikowi et consortes zaserwowano tradycyjną porcję reklam i zapowiedzi filmowych. Kocik leniwie przegryzał i wolno chlipał, oglądając te ubezpieczenia i telefonie komórkowe, łypał na zachwalane napoje gazowane i batony, które odmieniają życie po jednym kęsie. Między całą masą reklamowej nudy pojawiały się trailery tego, co rzekomo powinno Kocika et consortes skusić. Wśród nich pojawiła się zapowiedź The Social Network. Kocik pomyślał sobie, że to już szczyt wszystkiego, by robić film o jakimś durnym portalu społecznościowym. Co może być ciekawego w procesie powstawania tej, czy innej strony? I co z tego, że można tam paść krowy i siać owies, jednocześnie podglądając czy ktoś wypił właśnie kawę, czy wyczyścił uszy. Po doświadczeniu z rodzimą NK (które zakończyło się usunięciem konta blisko dwa lata temu), Kocikowi przeszła ochota na zakładanie kont w takich miejscach. Ot doszedł do wniosku, że kolekcjonowanie znajomych (wirtualnie) go nie kręci, bo jeśli z kimś ma kontakt, to woli go „na żywo”, a jeśli nie ma, to żadna strona z fotkami tego nie zmieni. Dlatego nie dał się namówić na Fejsbuka, nawet w momencie, gdy wszyscy siali i orali, namawiając przy tym gorąco, by Kocik do nich dołączył. Nawet gdy rozmowy w knajpie dotyczyły tego ile kto ma elektronicznych dojarek i jaką świnię komu podarował – uparł się i stwierdził, że za żadne skarby! Tym bardziej więc nie myślał, że trafi na film, który traktuje o historii powstania Fejsa. A jednak! Nie tylko trafił na ów film, ale i z wielką przyjemnością go zobaczył. Film ten bowiem – nie wiem na ile wiernie – przedstawia nie tylko początki tego fejsbukowego szaleństwa, ale i genialnie pokazuje, jak owo szaleństwo (czy raczej jego finansowy skutek) kształtuje relacje międzyludzkie. Relacje, które są tym dziwniejsze, że rodzą się w amerykańskim tygielku, w którym objawia się jednostka ponadprzeciętna (?). Mark Zuckerberg (Jessie Eisenberg) jawi się tu jako osoba inteligentna, pewna siebie (do granic), asertywna, zorientowana na cel (choć nie w materialnym tego słowa znaczeniu), a przez to i wyalienowana i jakby z innego świata (niech żyją klapki 😉 ). Ktoś taki – przy odrobinie szczęścia i sprytu – jest skazany na sukces, choć nie bez groźby zagubienia.
To były na prawdę dwie godziny dobrej rozrywki – ciekawej, zabawnej, dramatycznej, która jest czymś więcej niż zlepkiem obrazków na dużym ekranie 🙂 A David Fincher dowiódł, że nie skończył się na Siedem 😉

Choć konta na Fejsie i tak Kocik nie założy 😉

 

Fajne…

Fajne są spontaniczne spotkania w gronie sympatycznym. Doskonale gdy towarzyszą temu kawa, herbata, wino, lody i pięterko ptasiego mleczka 🙂 I te rozmowy poważne i śmieszne, gdy toczymy dysputy na wysokościach, a za moment zarykujemy się do łez. Przelatujemy przez bieżące akcje życiowe, antyklerykalizm, ateizm, czytane książki, filmy, sny ostatnie i piżamy naszych rodziców, a kończymy na lustracji (studium porównawcze Polska-Czechy). Jedno jest pewne… to inni pasaliby kozy 😉

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 26, 2010 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Chyba widziałam koteczka


W taki to magiczny sposób Piernik zarżnął dwa spore pudła ikeowe… Odrywanie kawałków i zrzucanie ich z szafy (gdzie pudła były zlokalizowane) było przez długi czas atrakcją dnia. Tak długo, jak długo pudła były na szafie 🙂

 
8 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 19, 2010 w kocikowe myśli niezidentyfikowane

 

Meldunek z pola walki

Remont trwa, połowa planu wykonana (to znaczy pokój nie wygląda już jak pobojowisko, a w sypialni nie leży tona pokojowych gratów). Zostały jeszcze drobne poprawki w rożkach i przy listwach, ale możliwe, że zostaną wykonane przy okazji malowania po wymianie okna (choć to dopiero plan w głowie kamienicznej…więc nie wiadomo kiedy się zrealizuje).
Z obserwacji – folia malarska to najlepsza zabawka kocia, drabina to najlepszy punkt obserwacyjny dla kotów, jeśli osobisty młotek przepadł podczas akcji wybijania szyb, a sąsiedzi swój pożyczyli – gwoździe można wbić kluczem szwedzkim 😉
Z anegdot – wieczór niedzielny, Kocik walczy z ścianą numer 3, nadając jej kolor kawowej pralinki, dzwoni jego siostra Rodzicielki. Słysząc, że Kocik maluje, miast święty dzień święcić, marudzi i mówi, że jej się to nie podoba. Kocik obolałym mózgiem wpada na rym okolicznościowy – lepiej w niedzielę malować, niż mordować.
Chyba czas zabrać się za kuchnię…ale to od jutra, bo dziś można tylko leżeć z kopytkami do góry 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Październik 18, 2010 w około-kocikowo

 

Gdzie można znaleźć najbardziej kreatywnych ludzi?

W firmach, których produkty związane są kolorami…czyli u producentów wszelakich farb – od tych do włosów, na tych do ścian kończąc. Zawsze Kocika zastanawiało kim są ci ludzie, którzy potrafią wymyślić wulkaniczne czerwienie (obok magnetycznych i egzotycznych), nektary księżycowe oraz inne mistyczne złota. Aktualnie jednak kolor włosów pozostaje bez zmian (popielaty jasny blond, nr 111). Zmianom ulegną natomiast kolory ścian w strączku. W kuchni zawita „Kwiat opuncji” (zastępując „Wiosenną leszczynę”), a na salonach pojawi się „Magiczny fiolet” oraz „Kawowa pralinka” (zajmując miejsce „Cafe latte”). Domowe rewolucje czas zacząć!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Październik 14, 2010 w około-kocikowo