RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2010

Noc listopadowa :)

A zimno jak w styczniu! I śnieg kopny taki, że ho-ho! Ale by serce swe rozgrzać i uciechy nieco zażyć, Kocik rozpoczyna lekturę Białej gorączki Jacka Hugo-Badera.
Gdyby Dzieciątko miało jakieś problemy z tegorocznymi prezentami dla Kocika, to lista książek od dawna dźwięczy w głowie 🙂

Reklamy
 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu Listopad 30, 2010 w kocik czyta(ł), kocikowi się marzy

 

„Gwiazdka” w listopadzie, czyli warszawskie wojaże :)

Tak, tak, Kocik wczoraj miał swoją Gwiazdkę! I bynajmniej nie jest to wynik postępującej sklerozy kocikowej, nie mieszają mu się (póki co) dni i miesiące, nie traci (chyba) łączności z rzeczywistością – to wczoraj Kocik zrobił sobie prezent, który w kategorii „ilość sprawionej radości” może śmiało konkurować z prezentami gwiazdkowymi właśnie.
Po przeczytaniu programu festiwalu Warszawa bez fikcji i dostrzeżeniu spotkania z Mariuszem Suroszem i Mariuszem Szczygłem we Wrzeniu Świata, Kocik zaczął rozważać (przynajmniej teoretycznie, bo wiadomo, że z miejsca zaczął kwikać z radości i wierzgać nóżkami, które już, już chciały go nieść) czy chce, może i powinien się wybrać. Po wynotowaniu wszystkich „za” (z „przeciw” miał drobny problem, więc nie drążył zagadnienia), postanowił, że sprawi sobie prezent przedświąteczny i spędzi sobotę listopadową warszawsko, wszak „narażał się, to mu się należy” (jak mawiał z Maliną, gdy musiały sobie usprawiedliwić sprawiane przyjemności). Nie zwlekając więc pokicał, zakupił bilet i w sobotę po 8 usadowił się w pociągu mknącym ku stolicy 🙂 Dwie godziny (z okładem) wykorzystał na dokończenie lektury książki Surosza i radosnemu podrygiwaniu – jak to bywało w dzieciństwie, gdy czekało się na Dzieciątko 😉
Kocikowe Dzieciątko „pojawiło” się punkt 13 przy Gałczyńskiego 7 i było przebogate! Czas oczekiwania Kocik umilał sobie siorbaniem latte, wcinaniem rogalika z migdałami i rozmowami z poznanymi na miejscu osobami, które tak, jak Kocik przyjechały do Warszawy, by wziąć udział w festiwalowych spotkaniach. Trzy kwadranse, kiedy zbierała się publiczność, która szczelnie wypełniła całą salkę (a ludzkość obsiadła każdy dostępny centymetr kwadratowy, a następnie zaczęła się tłoczyć u wejścia), Kocik spędził na wymianie wieści na jak długo i z jakiego powodu która z rozmówczyń przyjechała, skąd przyjechała, jak ma na imię i czy jest zadowolona z rodzicielskiego wyboru 🙂 Przemiła konwersacja zakończyła się wraz z rozpoczęciem spotkania, prowadzonego przez Magdalenę Żakowską, które było ciekawym i arcyzabawnym snuciem opowieści oraz anegdot, na tematy poddawane przez prowadzącą i zgromadzoną publiczność. Książki Surosza i Szczygła gdzieś sobie „majaczyły” w tle tej rozmowy, całość jednak była skoncentrowana na wzajemnym przerzucaniu się wspomnieniami, refleksjami, które jak w kalejdoskopie nieustannie zmieniały perspektywę spoglądania na Czechy i Czechów. W telegraficznym skrócie najczęściej (choć nie powierzchownie) „przesmykiwano” się po tematach poważnych (Bóg i wiara, komunizm, stosunki czesko-niemieckie) i tych, które już na wstępie wywoływały salwy śmiechu (jak wspomnienie kiepskich warzyw, panieńskich nazwisk matek, czy kotów Hrabala; do kiepskich warzyw Kocik dodałby refleksję o braku surówek, tudzież wersji szczątkowych – jak nieśmiertelne pomidory lub okurkovy salat 😉 ). Całość była nie tylko miłym przypisem do książek, które z wiadomych przyczyn Kocika zachwyciły, ciekawą okazją do poobcowania z autorami, którzy przybliżyli Kocikowi Czechy i skutecznie pogłębili jego czeską „świrozę” 😉

Po tym pysznym spotkaniu Kocik zaglądnął oczywiście na wystawę Amerykanin w Warszawie do Domu Spotkań z Historią, do ulubionej pierogerii na Starym Mieście, i do kawiarni na Próżną, by wieczornie wypić tam kawę z Syrenką Warszawską. Bieg na dworzec „umilał” mu gęsto sypiący śnieg, który postanowił także dotrzeć do stolicy.
***
Może na stronie festiwalowej pojawi się jakaś galeria ze spotkania, więc można klikać 😉

***
Pytanie kocikowej Mamy, po usłyszeniu relacji: A kiedy będzie to gdzieś bliżej? 🙂 Pewnie nie będzie, ale może za rok Kocik zaplanuje jakiś krótki urlop w listopadzie 😉

 

Pepików nigdy za wiele!

Natchniony wczorajszymi wojażami oraz „wrząco-reportażowym” uczestnictwem (o którym za moment, a dokładnie w osobnej notce), Kocik czuje nieodpartą chęć podzielenia się refleksją o książce Mariusza Surosza Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów. Wchłaniał ją Kocik cierpliwie w ostatnich dniach, zgłębiając historię Czechów (Czechosłowaków właściwie), pokazaną przez pryzmat kilkunastu mniej lub bardziej znanych postaci, które odcisnęły piętno na losach naszych południowych sąsiadów w XX wieku. Historia nie pozostawała zresztą im dłużna i także kształtowała koleje ich życia, co Surosz zaprezentował w zgrabnych esejach (historycznych). Choć może bez takiej reporterskiej swady, jak w książkach Szczygła, to jednak w interesujący i wciągający sposób autor przybliża tych, których pewnie większość (o ile w ogóle) kojarzy jedynie z nazwiska. I tak w kolejnych rozdziałach (choć niby osobnych, bo opisujących „po bożemu” życiorysy bohaterów, to jednak ciekawie splatających się w spójną całość) poznajemy m.in. żonę Tomasza G. Masaryka – Charlottę Masarykovą i syna Jana, Milenę Jesenską, Emila Hachę, Klementa Gottwalda, czy Jana Patočkę. Mariuszowi Suroszowi bez wątpienia udało się wyjść poza schemat myślenia o Czechach, pokazać więcej ponad stereotyp knedlik-piwo-Hrabal, od którego wyraźnie się odżegnuje we wstępie (a właściwie we wprowadzeniu Zamiast wstępu). Tu oczywiście Kocik musi zauważyć, że jeżeli tylko komuś wpadł w ręce Gottland czy Zrób sobie raj, to ów ktoś jest tak daleko poza tym stereotypowym myśleniem (a przynajmniej być powinien – jeżeli czyta ze zrozumieniem 😉 ), że Pepiki przysłowiowej Ameryki nie odrywają przed takim czytelnikiem. Bo zdążył on już zobaczyć Czechy z innej perspektywy niż krecik i Szpital na peryferiach. Nie zmienia to jednak faktu, że lektura tej książki przynosi wiele przyjemności i wiedzy – jak na dobry tekst historyka przystało.
Wracając do samej książki – Kocika najbardziej zafrapowały chyba te postaci, które do tej pory nie zaistniały w jego świadomości, a których biografie skojarzyły mu się z fragmentami czytanymi, widzianymi, które utkwiły w jego przepastnej pamięci.
Pierwsze skojarzenie pojawiło się przy lekturze tekstu Pilot, gdzie bohaterem jest Josef (zdrobniale Pepik!) František, czechosłowacki pilot wojskowy, który po wielu perturbacjach i kilku „ucieczkach” trafia do polskiego dywizjonu 303, by wziąć udział w bitwie o Anglię. Ta dość krótka biografia (František zginął w październiku 1940 roku), pełna jest barwnych opowieści o krewkim pilocie, skłonnym do bitki w knajpie, jak i do walki z hitlerowcami. Ten czeski pilot przypomniał Kocikowi epizod z filmu Pod jednym dachem (oryginalnie Pelíšky) Jana Hřebejka, opowiadającym losy dwóch rodzin na przełomie 1967 i 1968 roku. Abstrahując od skrajnie różnych postaw życiowych głównych bohaterów (jedni to zwolennicy aktualnego ustroju, wierzący w bratni sojusz z ZSRR, drudzy to rodzina kombatanta II wojny, członka ruchu oporu, wykrzykującego w chwilach wzburzenia Daję bolszewikom rok, maksymalnie dwa!), które zostaną poddane próbie podczas wkroczenia wojsk układu warszawskiego, to jeden z bohaterów (weteran ruchu oporu) przedstawia projekt pomnika poświęconego czechosłowackim pilotom sił powietrznych RAFu. Dodatkowego „smaczku” nadaje fakt, że pomnik ten miałby stanąć na miejscu dawnego pomnika Stalina, który przez kilka lat górował nad Pragą.
Kolejne – także filmowe – skojarzenie dotyczy tekstu poświęconego Vlastie Chramostovej, czechosłowackiej aktorce, sygnotariuszce Karty 77, która przez lata była szykanowana przez komunistyczne władze Czechosłowacji. Wyrzucana z pracy, zmuszona do wyjazdu z Pragi… okazała się być zwerbowaną przez służby do współpracy. Zakończenie – przewrotne i zaskakujące, bo bohater okazuje się nie być bez skazy, ale i brak gestu potępienia ze strony zespołu aktorskiego Teatru Narodowego, przypomniał widziany jesiennie Czeski błąd (oryginalnie Kawasakiho ruze tegoż samego reżysera), będący opowieścią o komunistach, opozycjonistach i o tym, że nawet bohater walki z reżimem może mieć na sumieniu niegodne postępki. Główny bohater bowiem ma otrzymać nagrodę za swoją postawę w czasach komunizmu, przygotowuje się reportaż na jego temat i wówczas wychodzi na jaw niełatwa do przełknięcia przeszłość, w której nad prawością zwycięża chęć osiągnięcia celu, wyeliminowania konkurenta etc. Oprócz tego wspólnego wątku Czeski błąd w piękny sposób pokazuje jak można mówić i traktować ludzi złamanych przez system – bez jadu, bez szucia i nagonki, a nawet z myślą o zrozumieniu i przebaczeniu (tu warto odwołać się do sceny spotkania bohatera z człowiekiem, który z jego powodu i za jego udziałem został zmuszony do emigracji).
Książka Mariusza Surosza bez wątpienia pełna jest takich nitek, refleksji, wychodzących z biografii pojedynczego człowieka, ale pokazujących ludzką naturę w ogóle, niezależnie od czasów, miejsca, otoczenia. Dobra lektura 🙂

***
Kocikowi udało się odwdzięczyć Adoptowańcowi 😉 Na jej egzemplarzu Pepików autor złożył zamaszysty podpis 😉 Tak w ramach barteru za jej stanie na krakowskich targach z kocikową książką Zrób sobie raj 😉

 

Kaczki-dziwaczki

Ci, którzy Kocika znają, wiedzą, że jest on bardzo sceptycznie nastawiony do telewizji i choć posiada w strączku telewizor (sztuk jeden), to nie często można go przyłapać na spędzaniu czasu przed tym sprzętem. Główną rolą telewizora kocikowego jest łapanie kurzu oraz zajmowanie miejsca.
Sam Kocik nie wie też co go podkusiło, by zrobić użytek z pilota i włączyć telewizor wieczorem wtorkowym. Wszak miał tyle innych (ciekawych) zajęć (nauka do testu, lektura książki Mariusza Surosza, sen), a jednak uruchomił to tzw. okno na świat…i zamarł 🙂
Otóż wczoraj TVP1 transmitowała galę wręczenia „Złotych Kaczek” przyznawanych przez czytelników miesięcznika „Film”. Czujność kocikową uśpił właśnie ów fakt – wszak „Film” i sama nagroda ma wieloletnie tradycje, nagradza się zazwyczaj twórców nieprzeciętnych, filmy dobre lub bardzo dobre (z małymi wyjątkami, bo wybór Lejdis w 2008 roku był chyba jakąś pomyłką lub psikusem). No i w tej kwestii poziom utrzymano (bo wszystkie nominowane filmy Kocik widział i jego skromnym zdaniem warto były tego – nawet parokrotnie jak w przypadku Wszystko co kocham 😉 ), ale cała ta „galowa” otoczka… ojć… zęby bolały, włosy chciało się rwać z głowy i załamywać ręce. Zaczynając od prowadzącej – choć szanuję panią Grażynę Torbicką, to ten, kto pisał jej te kiepskie żarty powinien ją przeprosić i posypać głowę popiołem (Orkiestra gra przerywniki, które są długie. Bo przecież grać coś muszą), przez komentującego Karolaka (który jak zawsze zgrywał głupa* w klimacie sitcomowym), po gwiazdy śpiewające oskarowe przeboje (ojojojoj…tu ból zębów, poza występem pani Soni Bohosiewicz w duecie z Zagrobelnym).
Choć mistrzynią absolutną była pani, która w przerwie gali wyłapywała gwiazdy i podpytywała. Pytanie otwierające rozmowę z Agatą Buzek („Złota Kaczka” dla najlepszej aktorki za rolę w filmie Rewers) i Marianem Dziędzielem („Złota Kaczka” dla najlepszego aktora za rolę w filmie Dom Zły): I co? Cieszycie się?. Do tego nieustannie przyklejony uśmiech i kiwanie główką.
Jedynym naprawdę rozbrajającym tekstem zabłysnęła teściowa Marcina Koszałki („Złota Kaczka” w kategorii najlepszy autor zdjęć za film Rewers), odbierając nagrodę w imieniu „Takiego pięknego zięcia, którego im córka przyprowadziła” 😉
Gdyby przyznawano „Złotą Kaczkę” w kategorii największy dramat galowy – Kocik nie miałby wątpliwości na kogo głosować. Choć pewnie byli i tacy, którzy miło spędzili wieczór (ponoć transmisję zobaczyło 1,44 mln telewidzów) i ubawili się po pachy słuchając skeczy duetu Jakubik&Karolak, wszak Interia napisała:
Aktorski duet przez całą galę rozśmieszał widownię zabawnymi dialogami, stanowiącymi świetny przerywnik między oficjalnymi występami na scenie Sali Kongresowej.
Ale się z Kocika maruda zrobiła… 😉

*Raz tylko głupa nie zgrywał – w spektaklu O północy przybyłem do Widawy, czyli opis obyczajów III, który z dużą przyjemnością Kocik widział letnią porą 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 24, 2010 w kocik marudzi, kocik widzi(ał)

 

Drobne niestrawności lekturowe

Ach gdzie te niegdysiejsze śniegi? chciałoby się zapytać po lekturze książki Błażeja Brzostka PRL na widelcu. I bynajmniej nie jest to pytanie związane z tematem tej książki, bo i za bylejakością jedzenia tamtych czasów Kocik szczególnie nie tęskni. Owszem czasy PRL pamięta jak przez mgłę i w wersji bardzo schyłkowej, więc znawcą mienić się nie może, wszak częścią tego systemu był ledwie przez lat kilka i nie bardzo miał świadomość wszelkich braków i niedostatków żywieniowych. Oczywiście nie są mu obce takie rarytasy jak domowe lizaki (słodkie jak jasny gwizdek), śmierdzące prażynki oraz ryż dmuchany kupowane w spożywczaku, jako zastępniki słodkości, pamięta domowe sposoby na wafle z kremem kakaowym i ciastka kakaowe (nazywane makaronikami). Tu naturalnie musi przyznać (co mu wypominano nie jeden raz 😉 ), że w dziecięctwie wczesnym poznał smak Nutelli, prawdziwej czekolady oraz bananów (choć co do tych ostatnich, jako trzylatek postanowił zgłosić zastrzeżenie, że banany jedzą małpy w zoo, a nie Kociki), więc pewnie i tak nie miał się tak najgorzej 😉
Pytanie o śniegi niegdysiejsze, to raczej kocikowy lament nad tym, jak można zrobić krzywdę książce przez brak właściwego opracowania redakcyjnego i minimalnej korekty. Otóż Kocik musi przyznać, że skusił się na zakup tego tomu ot tak, podczas wizyty w księgarni, gdzie ów wystawiony był na półce z nowościami. Przekartkował, pooglądał na wyrywki zdjęcia (których w książce cała masa), przeczytał pół zdania na stronie 24, kolejne pół sto stron dalej i stwierdził, że jesień idzie, trzeba sobie zapewnić płynność lekturową. Niestety po przeczytaniu pierwszych stu stron Kocika nie tylko bolały ręce (format niestandardowy+papier kredowy=ciężar dwóch cegieł), ale i trafiał szlag, bo lekturę utrudniała mu irytacja w czystej postaci oraz zastanowienie jak można wypuścić tak niedopracowany tekst. Obok klasycznych literówek (liczba bardzo mnoga) pojawia się cała galeria niekonsekwencji w przypisach, podpisach zdjęć oraz tekście głównym. Zamiast poświęcać się lekturze i zgłębianiu tematu, Kocik wypatrywał kolejnych błędów i starał się nie toczyć piany z ust (choć z kredowego papieru pewnie dobrze by się ją ścierało). I nie chodzi o to, że Kocik oczekuje bezbłędności, bo jak każdy człowiek popełnia błędy (czasami tak obrzydliwe, że pąsowieje po czubki uszu), a wydawnicze doświadczenie nauczyło go, że najlepsi redaktorzy się zdrzemną (jak Homer 😉 ), lecz jednocześnie w czasie swoich wydawniczych zmagań został wytresowany (sic!), by w pierwszej kolejności wyzbywać się niekonsekwencji w zapisach. Jak mu wtłaczano – niech i będzie to zapis błędny, ale przynajmniej konsekwentnie stosowany od początku do końca książki. Zaś w książce pana Brzostka mamy np. pełną gamę zapisów bibliograficznych – od sasa do lasa! – oraz możliwość zgubienia się w nich już na początku (każda strona ma osobną numerację przypisów!).
Kocika tak się wpieklił, że wystosował miłego, acz bardzo konkretnego maila do wydawnictwa, wypisując to, co mu na wydawniczej cząstce serca leżało. Niestety bez najmniejszej reakcji, co akurat nie zdziwiło, bo wydawnictwo jest dość tajemnicze (w Internecie nie istnieje, a pod adresem ich sklepu podanym na końcu książki znajduje się informacja „Przepraszamy. Strona w opracowaniu”).
PRL na widelcu jest więc książką dla pasjonatów tego tematu, których charakteryzuje znieczulica na redakcyjne niechlujstwo. Z pewnością nie poleca dzieciom, osobom podatnym na wpływy (mogą sobie utrwalić całą masę błędów) oraz tym, którzy książki uważają za wzór poprawności językowej (mogą się rozczarować).

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 20, 2010 w kocik czyta(ł), kocik marudzi

 

Czesko aż miło :)

Kocik właśnie otrzymał wiadomość, w której poinformowano go uprzejmie, że się zakwalifikował do projektu, w ramach którego Unia Europejska zafunduje mu sto godzin języka czeskiego 🙂 Najpierw pouczestniczy jeszcze w warsztatach rozwijających go w materii poznawczej (a to ciekawe) oraz komputerowej, a od lutego do czerwca już tylko czeski 🙂

A poza tym od rana zastanawia się czy chce spędzić osiem godzin w podróży (na trasie dom-stolica, stolica-dom), by pojechać na spotkanie we Wrzeniu Świata. I kurcze chyba chce 🙂 Cały festiwal Warszawa bez fikcji zapowiada się bardzo smakowicie, ale pewnym utrudnieniem dla intensywnego uczestnictwa kocikowego jest odległość i obowiązki służbowe. Ale taka sobota… Kuszące. Kocik rozpoczyna dumanie 🙂 A dla zainteresowanych – KLIK KLIK z programem!

***
edit piątkowy…no i jeszcze Dom Spotkań z Historią kusi taką wystawą KLIK KLIK 😀

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 18, 2010 w kocikowi się marzy, około-kocikowo

 

No… to chyba dziś

Ogólnie dzień bardzo dobry, radosny, roześmiany i roztrajkotany, energia Kocika rozpiera. Ale nagle do niego dotarło, że coś pękło i definitywnie się skończyło. Wnioski takie czasami docierają do człowieka podczas zwyczajnych czynności. Do Kocika dotarły podczas mycia zębów. W głowie Spacerologia.

Chciałem zrozumieć wilka wycie,
Zaszyłem się samotnie w las
I wiodłem wilkołacze życie,
We wnyki wchodząc raz po raz.
Chciałem zrozumieć, co ptak śpiewa,
Dotykać czasem rąbka chmur,
Przesiadywałem więc na drzewach,
Skończyło się porażką znów.

[…]

Wynik doświadczeń i poznania
Oduczył mnie utożsamiania.

 
7 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Listopad 15, 2010 w kocikowe myśli niezidentyfikowane