RSS

Archiwa miesięczne: Styczeń 2011

Jak zostać królem?

Przede wszystkim trzeba się urodzić w odpowiednim miejscu i czasie. Nie bez znaczenia jest też kolejność, bo jak wiadomo – kto pierwszy, ten lepszy, albo chociaż ten większe ma szanse na sukces (i sukcesję 😉 ). Filmowy instruktaż – oparty na historii króla Jerzego VI – można aktualnie oglądać w kinach. Główny bohater nie musiał się martwić o miejsce i czas, a i z kolejnością historia sobie za niego poradził (lub Wallis Simpson, dla której jego brat – król Edward VIII zrezygnował z tronu).
Doborowa obsada, zgrabnie opowiedziana historia – z odrobiną humoru, ożywiającego drętwą dworską etykietę – są gwarancją miło spędzonego czasu 🙂 Ponoć „najlepsze są te filmy, które już widzieliśmy”, dlatego podczas seansu Jak zostać królem, nie będziemy się czuć obco i nieswojo – wszak Colina Firtha zna każdy (także wielbiciel mniej ambitnych rozrywek filmowych), a resztę kojarzyć można z produkcji HP (Helena Bohnam Carter, Timothy Spall) lub Piratów z Karaibów (Goeffrey Rush) 😉
Przez blisko dwie godziny oglądamy zmagania księcia Yorku (pieszczotliwie nazywanego Bertiem), aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. W walce z logopedycznymi problemami wspomaga go Lionel Logue – Australijczyk z Perth, niedoszły lub niespełniony aktor, który bez dyplomu odnosi sukcesy w leczeniu jąkania. O ile sama fabuła nie wydaje się być szczególnie porywająca, to sposób w jaki humor Logue’a przezwycięża angielskie zadęcie oraz sam Logue, który cześć i szacunek dla monarchii stawia na odległym miejscu (swej hierarchii), czynią z tego filmu historycznego całkiem zgrabny obraz z komediowym zacięciem. Presja dworu nie wydaje się być tu aż tak straszna, skoro panaceum na książęce lęki staje się nieco ekscentryczny aktor-amator.

Ot zgrabna opowieść, świetnie zagrana (wszyscy wietrzą już Oskara dla Firtha), przyjemna do zobaczenia 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Styczeń 30, 2011 w kocik widzi(ał)

 

Piątkowe balety

Niewiele jest filmów, na które Kocik czeka z dreszczykiem emocji i przebiera łapkami niecierpliwie. Bez wątpienia do tej kategorii należą filmy Darrena Aronofsky’ego, które jak jeden wciągają bez reszty i widza nie pozostawiają obojętnym. Są zwolennicy, którzy peany wznoszą nad innowacyjnością, nad umiejętnością wyszukiwania i opracowywania tematu, który wbija w fotel. Są przeciwnicy, którzy twierdzą, że problemy są wydumane, a reżyser ma skłonność do niepotrzebnego komplikowania i udziwniania przedstawianej historii. Zawsze jednak filmy Aronofsky’ego zapadają w pamięć, zmuszają choć do odrobiny refleksji, bo i same nie narzucają jednej drogi interpretacji.
Czarny łabędź to już nie jest tak wgniatająca opowieść jak Requiem dla snu, tak zakręcona jak Źródło, ale frapująca bez wątpienia.
Główną bohaterką jest baletnica Nina (Natalie Portman), której marzeniem jest zdobycie głównej roli w nowej inscenizacji „Jeziora łabędziego” oraz osiągnięcie doskonałości w tańcu. W dążeniu tym wspiera ją matka – dawna baletnica, która swoją karierę poświęciła dla wychowania córki. Nina spełnia więc nie tylko swoje marzenia, ale i marzenia swojej matki. Obserwując relacje filmowej matki i córki bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że uwikłane są w potwornie toksyczny związek, w którym dorosła córka traktowana jest jak dziecko (matka wyręcza ją w każdym obowiązku – łącznie z ubieraniem i zabiegami higienicznymi, pielęgnuje też dziecięcą przestrzeń – pokój bohaterki tonie w różu i infantylnych maskotkach), nie posiada własnej przestrzeni i odrobiny prywatności – wszystko dzieje się za wiedzą i zgodą jej matki. Nina zdominowana przez matkę robi wszystko by spełnić jej oczekiwania – nawet gdy łączy się to z uległością wobec szantażu emocjonalnego lub zwykłej przemocy.
Wszystko zmienia się, gdy Nina zdobywa rolę Królowej Łabędzi, a tym samym mam się wcielić w rolę Białego i Czarnego Łabędzia jednocześnie. Reżyser spektaklu (Vincent Cassel) chce, by przepełniona niewinnością balerina zatraciła się w tańcu, odkryła swoją „ciemną” stronę. Dla Niny oznacza to nie tylko próby wyzwolenia się spod kurateli matki, ale i odkrywanie swojej tłumionej do tej pory seksualności. Presja otoczenia jest tym większa, że w zespole pojawia się nowa tancerka – Lily (Mila Kunis), która swoją zmysłowością i brakiem ograniczeń w życiu codziennym, jest kompletnym przeciwieństwem zamkniętej i skupionej na osiąganiu doskonałości Niny. Znajomość między tancerkami przeradza się w rywalizację.Świadomość twardych reguł rządzących światem baletu (których ucieleśnieniem jest odchodząca gwiazda Beth – Winona Ryder) oraz chęć osiągnięcia sukcesu, doprowadza Ninę do obłędu, który pozbawia ją wszelkich zahamowań w próbach osiągnięcia swojego celu. Halucynacje oraz napady lęku pozwalają jej się pierwszy raz zatracić w tańcu, ale i mają tragiczne skutki dla głównej bohaterki…
Aronofsky genialnie buduje napięcie, zacierając granicę między tym co realne a tym co jest wyłącznie wytworem wyobraźni Niny. Nie bez znaczenia jest tu sposób prowadzenia kamery – jak zwykle rozedrganej, często pokazującej obraz z perspektywy bohaterki. Widz tak jak i ona zaskakiwany jest zmianami sytuacji, akcji, tak jakby dana mu była tylko taka wiedza i świadomość jaką dysponuje Nina, która niejednokrotnie czuje się zaskoczona przez samą siebie, nie do końca odróżniając rzeczywistość i własne fantazje. Fizyczna przemiana Niny – choć tylko w jej wyobraźni, to realna dla niej i pozwalająca jej przekonująco zatańczyć rolę Czarnego Łabędzia – robi ogromne wrażenie, szczególnie w finałowej scenie jej tańca na premierze…
Film godny polecenia, nie tylko wielbicielom Aronofsky’eg oraz fanom baletu.

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Styczeń 21, 2011 w kocik widzi(ał)

 

Tak się to robi w Warszawie ;)

Buszując netowo kilka dni temu, Kocik znalazł informację o tym przedsięwzięciu… Projekt Warszawiak – arcyinteresująca inicjatywa, można kliknąć i zobaczyć / posłuchać. Dla przykładu – wrzut teledysku Nie ma cwaniaka na warszawiaka (z prywatnych odczuć – Syrenka i Fibak to role iście oskarowe 😉 )

[Ten film jest dziełem autorskim, dotyczy to zarówno całości, jak poszczególnych jego części. Prawa autorskie są własnością Krzysztofa Skoniecznego i Marcina Starzeckiego – za: strona projektu]

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Styczeń 16, 2011 w kocik widzi(ał)

 

Się dzieje, czyli proč si bral tu puntíkovanou košili?

Kocik wpadł był w wir pracowo-zajęciowy, który pochłania go bez reszty (nawet najdrobniejszej), a kalendarz wypełnia szczelnie zapiskami. Pracowo – szaleństwo na najwyższym poziomie, po godzinach – zajęcia stałe oraz „projekt czeski” w pierwszej odsłonie (warsztaty umiejętności poznawczych). W wolnych chwilach zaległe lektury krótsze* i dłuższe**, próby ogarnięcia rzeczywistości domowej, zajęcia cukiernicze (aktualnie na tapecie – ciasto drożdżowe w różnych wersjach, najczęściej z domowo usmażonymi konfiturami 🙂 ) i sen 🙂 Od czasu do czasu basen i podejrzenie czegoś filmowego – jak niedawny maraton z serialem Kobieta za ladą (skąd cytat koszulowy, który wybitnie Kocikowi w pamięć zapadł 😉 ). Czyli rutyna starych i nudnych ludzi 😉
Ale trudno… ilość energii konieczna do okiełznania całości jest tak duża, że po wszystkim wystarcza jej już tylko na padnięcie i „nudne” czynności.
Jednak czy Kocikowi to przeszkadza? Nie specjalnie 🙂

* Kocik poleca – na krótszą, acz wielce ciekawą lekturę – tekst Mariusza Szczygła Fałszywa polędwica. Na zachętę cytat z tekstu, którego bohaterem (superbohaterem) jest Jara Cimrman

[…] zauważyłem, że w kanonicznej monografii o Antonim Czechowie autorstwa René Śliwowskiego nie ma informacji (wypadła celowo?) o znamiennym spotkaniu obu twórców, dzięki któremu Czechow napisał „Trzy siostry”.

Było tak: Czechow siedział w swojej altanie i pisał.

– Antoni Pawłowiczu, a co to piszecie? – zagadnął Jara Cimrman, który właśnie przechodził obok.

– „Dwie siostry” – odpowiedział pisarz.

– Nie za mało? – spytał geniusz i poszedł dalej.

Po przeczytaniu tego fragmentu Kocik zaniósł się śmiechem, o mały włos nie opluwając herbatą monitora. Całość godna uwagi, więc nie spoilerując dłużej – klikać i czytać.

** Hugo-Bader nadal w czytaniu (Biała gorączka już poszła w obieg czytelniczy, W rajskiej krainie wśród zielska w Kocikowym opracowaniu – się przeczyta, to się coś napiszę w ramach refleksji)

 
 

I znów święto…

A skoro święto, czas na kulinarne działania, czyli ciasto cynamonowo-jabłkowe (przetestowane sylwestrowo, znalazło się już w „przepisowym zeszyciku” otrzymanym gwiazdkowo z kieleckiej krainy 🙂 ), które jak ulał pasuje do zakupionej wczoraj herbaty „Śliwki w cynamonie”.
Oczywiście przepis znaleziony internetowo na blogu, gdzie Kocik zagląda w poszukiwaniu pysznych inspiracji (KLIK KLIK), ale już się znalazło w wersji pisanej „dla potomności”* 😉
Więc w strączku roznoszą się już zimowe aromaty cynamonu, jabłek i migdałów, a Kocik trawi czas i obmyśla strategię zebrania się w sobie, by wybyć na popołudnie pt. wino, kobiety i śpiew 😉

Póki co jednak szuka dobrego przepisu na chałkę, którą planuje upiec sobotnio (niech żyją zimowe śniadania 😉 ) i dobrze mu w tym lenistwie czwartkowym… Niewymownie 🙂


*Obok „ulubionego brownie Hydrysia”, „toffikowego orgazmu Pawiana” oraz kilku innych kocikowych specjalności 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Styczeń 6, 2011 w około-kocikowo

 

Leniwa niedziela, czyli każdemu ileś stuknęło ;)

A dokładnie Hydrysiowi stuknęło kolejne „osiemnaście”, a kocikowemu blogowi stuknęły dziś dwa lata 😉 Dokładnie dwa lata temu Kocik kliknął co trzeba i zaczął wirtualny żywot na WordPressie.
Ale to raczej to pierwsze „stuknięcie” stało się okazją do noworocznego spotkania i z uwagi na czas taki szczególny oraz powszechne trąbienie o końcu dekady/początku dekady, wzięło nam się na wspominki. Cóż z uwagi na stosunkowo młody (ha!) wiek Kocika, ostatnie dziesięć lat obfitowało w wydarzenia. W tym czasie zdążył: zdać maturę, zacząć i skończyć studia, skończyć dwie podyplomówki, wyprowadzić się z domu rodzinnego, zacząć pierwszą pracę, przenieść się do drugiej pracy i nawet do pracy trzeciej, przygarnąć dwa koty, obrosnąć w masę gratów, zapuścić włosy i obciąć włosy, poznać wielu ludzi, zdobyć i stracić kilku przyjaciół, przejść kilka razy Bieszczady, odkryć Ołomuniec i zafascynować się Czechami, przeczytać wiele książek, upiec masę ciast, pokochać szpinak, wrócić do pływania, zobaczyć kilkadziesiąt spektakli, być na kilkunastu dobrych koncertach, zrobić trzy remonty, osiwieć w stopniu zauważalnym 😉
A pod koniec kolejnej (właśnie zaczynającej) się dekady, będzie się zbliżał do czterdziestki 😉 Ale nie ma tego złego, wszak na czterdzieste urodziny obiecał sobie wycieczkę do NYC 😀
Póki co jednak – pourlopowy powrót do rzeczywistości pracowej.